ZAMIAST

Nie­kie­dy i ja sta­ję się kimś wię­cej
niż czło­wie­kiem.

Sta­ję się Eles­sa­rem.
Czy­stej krwi Núme­no­rej­czy­kiem.

Zamiast gapić się w okno, w ścia­nę,
pnę się pra­sta­rą ścież­ką
ku świę­tym wyży­nom Min­dol­lu­iny.

Dostoj­ny Majar kro­czy u mego boku.

Jest chłod­no.
Świ­ta.

Zatrzy­mu­je­my się na skal­nej pół­ce,
tuż pod ośnie­żo­nym szczy­tem.

Przed nami prze­paść.
Roz­le­głe Pola Pelen­no­ru.
Odle­głe Góry Mgli­ste w zło­tej mgieł­ce.
Błysz­czą­ce wodo­grz­mo­ty Rau­ros.
Wiją­ca się aż po Pelar­gir Andu­ina.
Świe­tli­sty rąbek dale­kie­go Morza.

*

Oto two­je kró­le­stwo, mówi Majar,
Naj­star­sze Ple­mię wkrót­ce zwięd­nie
lub odej­dzie, ja odej­dę rów­nież.

Wciąż potrze­ba mi two­ich rad, szep­czę.

Nie­dłu­go już będę mógł ci słu­żyć,
Eles­sa­rze, ty i twój lud przej­mie­cie brze­mię.

Ale ja umrę, jestem
śmier­tel­nym czło­wie­kiem,
a Drze­wo na Pla­cu Wodo­try­sku
jest mar­twe.

Odwróć twarz od zie­lo­ne­go świa­ta
i spójrz tam, gdzie wszyst­ko
wyda­je się jało­we i zim­ne,
spójrz na ska­li­ste zbo­cze,
opa­da­ją­ce spod gra­ni­cy śnie­gów.

*

Gdy jestem kimś wię­cej niż czło­wie­kiem,
nie marzę o nad­ludz­kiej mocy,
nie spi­sku­ję, by prze­jąć wła­dzę,
nie pla­nu­ję rze­zi, nie zdra­dzam przy­ja­ciół,
nie miaż­dżę niko­go cięż­kim butem.

Gdy jestem Eles­sa­rem, odnaj­du­ję
na jało­wej ska­le
lato­rośl Tele­prio­na,
sadzon­kę Bia­łe­go Drze­wa.

Nadzie­ję.

Witam ją u bram kró­le­stwa.

Poślu­biam Wie­czor­ną Gwiaz­dę,
śmier­tel­ną cór­kę
dostoj­ne­go Elron­da.

*

Jak­że jesteś pięk­na, przy­ja­ciół­ko ma, ty,
któ­raś tu przy­by­ła z dale­kie­go Imla­dris,
z ukry­tej doli­ny.

Na siwym wierz­chow­cu, pod srebr­ną cho­rą­gwią,
w sza­rym płasz­czu z Loth­ló­rien, z Gala­drie­lą u boku,
zbli­żasz się ku mnie, two­ja miłość wpły­wa do Minas Tirith
jak uskrzy­dlo­ny okręt, dobi­jasz do ostat­niej przy­sta­ni,
na powi­ta­nie, na poże­gna­nie łopo­czą śnież­no­bia­łe żagle.

Witaj, śmier­tel­na,
śmier­tel­na z miło­ści do mnie,
śmier­tel­na dla mnie, tyl­ko dla mnie,
przy­ja­ciół­ko ma, nadzie­jo – na tak krót­ko,
na tak krót­ko,
Arwe­no!