WYNURZENIE

Daw­niej, zanim,
dwie, trzy deka­dy temu, kie­dyś, przed wie­lo­ma laty,
wynu­rze­nia nie sta­no­wi­ły pro­ble­mu,
bo zanu­rze­nia były płyt­kie, prze­lot­ne.

Wów­czas poby­ty tam,
gdzieś,
przy­po­mi­na­ły fowi­stycz­ne pasa­że.

Pły­wa­ło się tuż pod powierzch­nią
przy­tom­no­ści, krą­ży­ło wol­no
nad kora­lo­wy­mi poli­pa­mi, szy­bo­wa­ło
w ruchli­wych chmu­rach glo­nów, lawi­ro­wa­ło mię­dzy
świetl­ny­mi ostrza­mi, wbi­ty­mi
w cie­płą tkan­kę mięk­kiej, roz­mi­go­ta­nej wody,
omi­ja­ło bez­krę­gow­ce, spię­trzo­ne,
wapien­ne łań­cu­chy pod­wod­nych gór, łypa­ło
na gąb­ki, manew­ro­wa­ło mię­dzy kra­ba­mi,
wężo­wi­dła­mi, strzy­kwa­mi,
kre­wet­ka­mi, pod­ry­wa­ło z dna bia­łe zia­ren­ka,
tań­czy­ło lek­ko w piasz­czy­stym, wiru­ją­cym
dymie, flir­to­wa­ło z roga­ty­mi koste­ra­mi
albo ze śnież­ny­mi mure­na­mi.

Było się zwin­nym poła­wia­czem, śmia­łym,
śnia­dym, umię­śnio­nym, któ­re­mu
ofia­ro­wa­no w darze barw­ne, bul­go­czą­ce
cia­ło rafy.

Wynu­rze­nia były daw­niej
łatwe, zwy­czaj­ne, były
powsze­dnim chle­bem, niczym
wię­cej.

Dziś wynu­rze­nia
przy­cho­dzą z tru­dem, są wyswo­ba­dza­niem się z pęt,
mozol­nym wydo­by­wa­niem
z chłod­nych odmę­tów, z objęć nagich wąwo­zów,
śle­pych szcze­lin, rowów,
powro­ta­mi z same­go dna.

Obec­nie poby­ty tam,
gdzieś,
przy­wo­dzą na myśl mrocz­ny ambient.

Lewi­tu­je się
na głę­bo­ko­ści wie­lu kilo­me­trów
pod mato­wą, pomarsz­czo­ną taflą,
spo­ty­ka żeru­ją­ce
żab­ni­ce, smo­cze ryby, wężo­gło­we bestie,
chi­me­ry oce­anu, wod­ne
upio­ry, prze­zro­czy­ste, gala­re­to­wa­te,
opan­ce­rzo­ne, tru­pio­bla­de, ciem­no­skó­re,
wypo­sa­żo­ne w igło­wa­te zęby,
tru­ją­ce kol­ce,
bio­lu­mi­ne­scen­cyj­ne wabi­ki,
opa­da się bez­wład­nie, powo­li,
powo­li,
coraz niżej i niżej, i 
niżej.

Jest się rdze­wie­ją­cym,
uszko­dzo­nym baty­ska­fem,
miaż­dżo­nym przez nie­wy­obra­ża­ne ciśnie­nie,
poże­ra­nym przez tajem­ni­cę,
przez roz­war­tą, tana­tycz­ną
głę­bię.

Dziś wynu­rze­nia są trud­ne,
każ­de z nich jest nie­sły­cha­nym wyda­rze­niem, jest
cudem.