WUSHU

Zada­łem cios ducho­wi twe­mu.

Upo­ko­rzy­łem cię w małym lesie,
na zim­nej górze,
zrzu­ci­łem z grzbie­tu bia­łe­go konia,
spra­wi­łem, że nie ukry­jesz się już nigdzie,
nigdzie
nie zaznasz spo­ko­ju.

Nazwij moją stra­te­gię, jak chcesz.

Tech­ni­ką gwiaz­dy eks­plo­du­ją­cej
w pta­sim gnieź­dzie,
sier­pa koszą­ce­go loto­sy,
mło­ta roz­bi­ja­ją­ce­go ziarn­ko ryżu
albo
smo­ka przy­by­łe­go o zacho­dzie,
aby poły­kać Bud­dę.

Masz dziw­ną skłon­ność
do poety­zo­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści.

Spró­bu­jesz więc pew­nie
upięk­szyć swo­ją klę­skę.
Nadać jej nie­jed­no­znacz­ne zna­mio­na.

Zrób to.

Daj mi jesz­cze jed­ną śmiesz­ną meta­fo­rę,
a obró­cę i jej ostrze prze­ciw­ko tobie.

Prze­gra­łeś, wojow­ni­ku.
Tym razem prze­gra­łeś osta­tecz­nie.

Nie jesteś już w sta­nie wydać z sie­bie myśli,
któ­rej nie potra­fił­bym zma­te­ria­li­zo­wać,
użyć, idei, któ­ra opar­ła­by się moje­mu wushu.