WOJTEK

A Woj­tek?
Woj­tuś?

Mój Boże, gdy­by nie on.



Wycho­wa­li­śmy go.
Wykar­mi­li­śmy, wyniań­czy­li­śmy.

Gła­ska­li­śmy, przy­tu­la­li­śmy.
Siło­wa­li­śmy się z nim.
Urzą­dza­li­śmy zawo­dy
zapa­śni­cze.
Nigdy niko­go z nas nie zra­nił.

Lubił zja­dać nie­do­pał­ki.
Uwiel­biał piwo.

Nie zasłu­żył na to, by
zdech­nąć w zoo.

Poma­gał nam dźwi­gać skrzy­nie
z amu­ni­cją, poci­ski.

Nie widzie­li­śmy
w nim niedź­wie­dzia.
Widzie­li­śmy w nim kom­pa­na.
Dobre­go dru­ha.
Towa­rzy­sza bro­ni.
Miał takie czy­ste spoj­rze­nie.

Mój Boże.
Gdy­by nie on.

Był z nami do koń­ca.
Do koń­ca.

Woj­tuś.



Woj­tuś nas uczło­wie­czał.
Gdy­by nie on,
sta­li­by­śmy się
zwie­rzę­ta­mi.



Orka­mi, bestia­mi.
Byli­by­śmy jak tamci.