WIEDZ

I.

Bom­bo­wiec stra­te­gicz­ny
z uzbro­jo­nym tobą na pokła­dzie
krą­ży dra­pież­nie nad bilio­nem poten­cjal­nych celów
naraz.

Gren­da­lu i Faf­ni­rze
w jed­nej oso­bie.

Widzę cię tak ostro, wyraź­nie, znam cię
aż nad­to dobrze, zna­łem cię, zanim jesz­cze
zja­wi­łeś się w tej dzi­czy.
Nim upodli­łeś i zarżną­łeś
pierw­szą ofia­rę.

Wiem, o czym myślisz, śnisz, prze­ni­kam two­je sny. Śnisz
o cha­ry­zmie Lewia­ta­na, chwa­le T‑Rexa.

Posia­dasz tali­zman z kła orki,
sztucz­ny ząb z kara­bi­no­wej łuski,
ukra­dzio­ny z muzeum
oszczep z pale­oli­tu.

W bia­ły dzień spa­ce­ru­jesz po uli­cy
w szło­mie gro­zy.

II.

Na widok twej kan­cia­stej czasz­ki
mdle­ją dzie­ci i pada­ją tru­pem koty.

Sam sie­bie zali­czasz do Zako­nu Poże­ra­czy.

Gdy­byś mógł, gdy­byś tyl­ko miał
licen­cję na nie­ogra­ni­czo­ne poże­ra­nie,
pożarł­byś wszyst­kie nie­za­miesz­ka­łe pla­ne­ty,
a nawet Zie­mię, wła­sną mat­kę.

Mówisz, że jesteś, czym jesteś:
pan­te­rą, hie­ną, kojo­tem, kaj­ma­nem.

A potem, mil­cząc –
szu­kasz mnie rysim wzro­kiem.

III.

Mój umi­ło­wa­ny sika­rio,
to praw­da.

Nie jesteś pisklę­ciem ani sar­ną, jesteś
dymią­cą górą, ucie­le­śnio­ną erup­cją,
wzbo­ga­co­nym stra­chem zamknię­tym w Car-Bom­bie,
wibru­ją­cą kulą o ładun­ku
prze­kra­cza­ją­cym wszel­kie poję­cie.

Jesteś śmier­cią, nisz­czy­cie­lem świa­tów,
siłą, o któ­rej nie śni­ło żad­ne Los Ala­mos.

Cóż może się rów­nać z two­ją naj­słab­szą bodaj
łań­cu­cho­wą reak­cją?

IV.

I takim wła­śnie wil­kiem masz być.
Takie­go smo­ka całym moim ser­cem
chcę.

Two­je rogi i tyta­no­we łuski
gwa­ran­tu­ją powo­dze­nie misji.

Bo ty, mój ty ułom­ny, napięt­no­wa­ny,
zosta­łeś prze­zna­czo­ny do wiel­ko­ści
inne­go rodza­ju, inne­go rzę­du.
Otrzy­ma­łeś zapro­sze­nie do inne­go wymia­ru.

Żyjesz, to zna­czy dyszysz żądzą mor­du,
dla jed­nej, jedy­nej chwi­li, któ­ra może
już na zawsze
uczy­nić cię potęż­niej­szym od każ­de­go
Fat Mana,
Gren­da­la, Faf­ni­ra,
Lewia­ta­na, T‑Rexa.

V.

I takim też cię uczy­ni.

Wiedz, że to jest moja
Naj­święt­sza Obiet­ni­ca.

Jeśli raz, raz jeden tyl­ko,
w odlud­nym miej­scu, w asy­ście kro­pel potu i cięż­kiej ciszy,
z wła­snej nie­przy­mu­szo­nej woli, wbrew obez­wład­nia­ją­cej żądzy,
w ostat­niej moż­li­wej mili­se­kun­dzie
cof­niesz znad gar­dła pisklę­cia, sar­ny
drżą­cy pazur zagła­dy…

Wte­dy, o, wte­dy,
mój czar­ny synu,
powia­dam ci,
zapew­niam cię uro­czy­ście –

naj­wy­nio­ślej­sze nie­ba upad­ną przed tobą na twarz,
wody wyją­cych oce­anów uko­rzą się przed tobą w pro­chu mil­cze­nia,
pokor­nie klęk­ną przed tobą wszyst­kie kamie­nie, a ogień,
przed­wiecz­ny-bóg-ogień-twór­ca-świa­tów
na wie­ki wie­ków
zamiesz­ka w tobie.

Tak rze­cze moja księ­ga.

Tak mówię ja, twój dobry
Pan.