WE
Nie mieści się nawet w zbiorowej wyobraźni. W przewodnikach, encyklopediach, na internetowych stronach. Pomniejsza wszystko w swoim zasięgu. Przytłacza.
Grand Canyon.
Odcisk węża czasu. Skorupa, w której szemrze odwieczna rzeka. Gniazdo gatunków, plemion. Wszystkich rzeczy. Magazyn niezliczonych archetypów.
Napisać o nim wiersz? Prawie nie do pomyślenia. Ile by trzeba z siebie dać! A potem? Jak to złożyć, wydrukować? Jak pomieścić kamienną Gargantuę w tomie? W ładowni Przejęcia.
*
A niech tam. Co tam. Postawmy wszystko na jedną kartę. Na jedną szalę. Zachwiejmy, zachyboczmy świadomością. Podejmijmy szalone liryczne ryzyko. Skoczmy na głęboką, geologiczno-kosmiczną wodę. Pójdźmy na żywioł. Zagrajmy va banque. Załóżmy, że nie złamiemy karku. Zresztą, co mamy do stracenia?
Przejęcie jest pojemne. Ono się nie ugnie, ono udźwignie. I Wielki Kanion, i kota na dokładkę. I kogoś jeszcze. I coś jeszcze. Załadujmy i zerknijmy. Mały rekonesans przed wylotem. Przed startem. Dajmy pojęcie.
*
Najpierw loading. Charging, downloading, packing, uploading. Cztery ‑ing, by podźwignąć potwora, potwornego gargulca.
I mamy go w ręku. Mamy Wielki Kanion w ładowni statku. Teraz zaledwie jedno ‑ing – descending – i znaleźliśmy się we wnętrzu Wielkiego Kanionu.
*
Ontologiczna eksplozja. Erupcja bytu. Zanegowana nicość. Wrzenie przestrzeni. Wrzenie czasu. Nierozerwalny splot pierwotnych elementów. Leże początku. Wszechświat na wyciągnięcie ręki. Krater po wybuchu istnienia. Wystygłe wnętrze kosmicznego wulkanu. Wydrążone jądro spadłej gwiazdy. Zmaterializowana wieczność.
Eony geologicznych fluktuacji, utrwalone w otwartym ciele planety. Doskonale słyszalne echa odwiecznych procesów. Doskonale widzialne przeobrażenia praskał, fundamentu Ziemi, kamiennych wnętrzności, skrytych narządów ewolucji. Trudne do przeoczenia transpozycje warstw osadowych, akumulacje pierwotnych składników, tektoniczne rekombinacje, falowania, fałdowania, spiętrzenia, rozstępy. Zatrzymana w kadrze scena metamorficznego tańca materii, narodzin kształtu, wykluwania się krajobrazu z magmy twardego niebytu.
Dostępna nieuzbrojonym zmysłom historia rzeźbienia kości, korzeni, ciosania szkieletu przyrody. Przez oszalałą wodę, zdziczały wiatr, agresywny deszcz, nieobliczalną temperaturę, lawę rozsierdzonych wulkanów. Anihilacja skorupy jak na dłoni. Łatwa do odczytanie historia niepodzielnego królowania erozji. Rozpadu niezniszczalnego, zdawałoby się, podłoża, cokołu obłoków, postumentu wiecznotrwałego nieba.
Obserwowalne, olśniewające pozostałości. Inkrustowane kwarcem gnejsy. Opalizujące najgłębszym milczeniem migmatyty. Warstwy upiększone wielobarwnymi pasmami, wijącymi się żyłkami, meandrującymi włóknami, pulsującymi kropkami. Grube piaskowce. Skaczące do oczu wapienie – mistrzowie opowieści o trylobitach, koralowcach, brachiopodach, liliowcach. Skomplikowane, wznoszące się, tęczujące mury, ściany, wieże. Osadowe sekwencje. Mułowce, łupki, dolomity. Skały gładkie, szorstkie, chropowate, porowate, jednolite, wielorakie, jasne, ciemne, kremowe, pomarańczowe, rdzawe, beżowe, zielonkawe, szare, złocistobrązowe. Orgia kształtów. Urwiska, wąwozy, platformy, iglice, bloki, tarasy, uskoki, klify. Wielość ingrediencji. Piasek, glina, żwir, porfirowe struktury, złoża węgla, sfosylizowane muszle, ryby.
Arcyzłożoność klimatyczna. Rozkapryszona temperatura, niestała wilgotność. Grymaśna widoczność. Nieopisane światło. Wielkie pokłady powietrza. Siedlisko drapieżnego wiatru. Kopalnia platynowej ciszy. Nieokiełznana, grzmiąca rzeka. Groźna jak rtęciowa żmija.
Tożsamość miejsca.
Tyle tego, że opadają ręce. Palce drętwieją nad klawiaturą. Neurony pracują na oparach weny. Pisarz wykazuje metaforyczne deficyty. Wydaje się, że samo nazywanie, wyliczanie już jest fantazjowaniem. Stylistycznym majstersztykiem.
A to jeszcze nie wszystko. Jest jeszcze druga połowa. Żywa. Efemeryczna.
Srebrzyście
ruchliwa.
*
Oto wszystko kolonizująca flora.
Królowa.
Anektująca tereny
pustynne, suche,
nasłonecznione, nizinne.
Najeżdżająca
przestrzenie nadrzeczne,
wilgotne, zacienione.
Posyłająca
do boju palczatki piaskowe,
opuncje,
niedźwiedzie trawy,
bursztynowe krzewy,
pustynne cedry,
piołuny.
Jej wysokość
permanentnie planuje,
opracowuje chlorofilowe strategie.
Puszczańska paproć,
szarłat trójbarwny,
wierzba piaskowa
stoją
na warcie.
Jej wysokość snuje marzenia
o totalnym podboju.
Chce mieć wszystko,
być wszędzie.
Władać każdym podłożem.
Jałowiec jednoszypułkowy,
modrzew zachodni,
osikowa topola
stoją
na warcie.
Sosna ponderosa
z samego szczytu Kanionu
dowodzi inwazją życia.
Lasy dominują
nad krajobrazem,
stabilizują glebę.
Dają schronienie
ruchliwej faunie.
Królowa
głośno obwieszcza
swoje prawa.
Głosi pochwałę istnienia.
Zapewnia.
Że łatwo nie oddadzą
raz przejętego miejsca.
Tu i tam buszują
diamentowe grzechotniki.
Cierniste jaszczurki.
Strzykają jadem pustynne
skorpiony.
Pomykają
gdzieś preriowe pieski.
Bobry budują tamy.
W strumieniach
błyskają tęczowe pstrągi.
Wydry wykonują niemożliwe
zwody.
Żółwie błotne udają skały.
Pohukują sowy,
trzepoczą kruczki,
sikorki.
Pumy biorą na cel
widłorogi.
Głodne kojoty węszą.
Wyją.
Myszołowy
– imperatorzy fauny –
krążą.
Budzą grozę.
Wabią majestatem.
*
Skarbiec kształtów, form, dźwięków, zapachów, smaków, instynktów.
Nasz dom.
W nim nauczyliśmy się mówić, myśleć, modlić, polować, hodować, uprawiać, badać, konstruować, tworzyć. Tu dokonywaliśmy najważniejszych wyborów. Tu przechodziliśmy święte inicjacje. Tu odbywaliśmy kluczowe podróże. Tu przyszliśmy na świat. Tu świat narodził się w nas.
*
Wcielony w skałę genius loci Ziemi. Genius exsistentiae. Czarodziejski dżin, który nie zmieściłby się w żadnej lampie. W żadnej pojedynczej wyobraźni. Nie obejmuje go nawet imaginacja zbiorowa.
A my? Tylko fantazjujemy, że mamy go tu, że umieściliśmy go w ładowni statku, że uwięziliśmy w spisie treści, na kartach tomu.
Czarodziejski dżin jest kosmicznie niepodległy. Absolutnie wolny. Niczym nieskrępowany. Powszechny. Oddany do dyspozycji całej ludzkości.
Ma spełniać wszystkie życzenia. Zaspokajać wszystkie zmysły. Wszystkie pragnienia. Wszystkie myśli. Wszystkich ludzi.