W
Gdy opuszczam siebie,
czuję się źle.
Nie powiedziałbym,
że zstępuję wtedy
do Sartre’owskiego piekła,
ale na pewno
udaję się na wygnanie.
W sobie
jest mi najlepiej,
najprzyjemniej, najmilej,
najciekawiej,
najprzestronniej.
Najintrowertyczniej,
najrefleksyjniej.
Cenię
ojczyznę uwewnętrznioną,
ukryty dom.
Nie winię za to
siebie.
Talis mea natura est.
Vitam contemplativam ago,
non activam.
Czy coś takiego.
Literackie eksterioryzowanie
najskrytszego siebie
powinienem więc uważać za priorytet.
A jednak idea używania tanto
do otwierania jamy brzusznej
i wypuszczania flaków na podłogę
zawsze była mi dziwnie obca,
by nie rzec,
w najwyższym stopniu
wstrętna.
*
Samurajski rzeźnicki rytuał
nacinania siebie
i eksponowania treści własnego żołądka
miał w sobie, orientalnie rzecz biorąc,
chłodne piękno.
Był patetyczną, honorową ceremonią.
Realizacją Bushido.
Poprzedzała go ablucja.
Wymagał białego kimona.
Świątynnego miejsca.
Asysty świadków.
Miecza szybkiej dekapitacji.
Jisei – ostatniego haiku.
Harakiri miało zmyć hańbę.
Ucieczki, nieposłuszeństwa, zdrady.
Miało ocalić przed pogardą rodzinę.
Liczyła się ciepła krew.
Krew samobójcy budziła szacunek.
Parujące wnętrzności
odgrywały marginalną rolę,
były jedynie
nieuniknionym dodatkiem.
*
Praktyka wypruwanie flaków
w wykonaniu współczesnych poetów
nie jest piękna i honorowa.
Bo nie jest ceremoniałem.
Jest celem samym w sobie.
Nie przypomina ośnieżonej Fuji, góry
zimnej i niedostępnej, szczytu, którego zdobycie,
a choćby i samo kontemplowanie,
można by uważać za punkt honoru.
Konfesyjna tradycja literackiego seppuku
nie przypomina żadnej góry.
Z tego prostego powodu, że najczęściej
jest zanieczyszczonym dnem
przydrożnej kałuży – cuchnącej,
bezideowej,
nieciekawej, nieestetycznej, płytkiej.
Może dlatego właśnie
zawsze wzdragałem się instynktownie
przed wysyłaniem własnych, miłych mi
wnętrzności w zimne zaświaty,
przed haniebnym gwałceniem nimi
cudzych oczu.
Własne wnętrzności wolę
zatrzymać w sobie, dla samego siebie.
I póki co – czerpać z nich introwertycznymi garściami
najskrytsze korzyści.
Za punkt honoru poczytuję sobie
rezygnację z wypuszczania własnych,
metaforycznych flaków
na symbolicznie ośnieżoną,
niczym nieskalaną,
alegoryczną i dosłownie piękną, bo przeczystą,
kartkę.