VIVIAN

I.

Gdy oglą­dam two­je foto­gra­fie,
czu­ję się,
Vivian,
jak­bym czy­tał
swo­je wła­sne wier­sze.
W mojej małej celi, samot­nej ciem­ni,
pochy­lo­ny nad ludz­ki­mi nega­ty­wa­mi.

Nie zro­zum mnie źle.

Wiem, czym są moje nie­licz­ne obraz­ki
w obli­czu dymu na kli­szy
genial­nej nia­ni,
któ­ry wyło­nił się zni­kąd
jak dżin z cza­ro­dziej­skiej rol­ki, szu­fla­dy,
z prze­ga­pio­nej przez wszyst­kich ślep­ców szaf­ki.

Ale mimo to.

Czy nie łączy ich to jed­no?
Czy nie łączy nas to samo?

II.

To, co chcie­li­by­śmy wyra­zić,
nigdy w peł­ni nawet nam się nie śni­ło.

Jest ukry­te, bo ukry­ło się samo.
Wro­gie obiek­ty­wom, pió­rom.

Wyczu­wal­ne, lecz
jak oddech Nie­obec­ne­go
na policz­ku.

III.

Pró­bo­wa­łaś to wcie­lić
sto pięć­dzie­siąt tysię­cy razy.
A raczej byłaś zmu­szo­na.
Bo żąda­ło.
Ale się nie wcie­li­ło, nie chcia­ło.

Mógł­bym teraz, tu
użyć naj­wy­myśl­niej­szych meta­for.
Ale nic by to nie dało.

Moż­na by się z tym pogo­dzić.
I przejść nad tym
– cokol­wiek to jest –
do porząd­ku.

Raz.
Raz na zawsze.

I żyć – po pro­stu,
po ludz­ku.

IV.

Ale to powra­ca wie­lo­krot­nie, upar­cie.
Wysu­wa żąda­nia nie­ustan­ne, kate­go­rycz­ne.

Pra­gnie natych­mia­sto­we­go wcie­le­nia,
choć wie dobrze – i my też to wie­my –
że się prze­cież i tak nigdy nie wcie­li.

Wie dosko­na­le, że w grun­cie rze­czy
niko­mu, do nicze­go
nie było, nie jest i nie będzie
potrzeb­ne.

Wie, że może nigdy, przez niko­go
nie zosta­nie doj­rza­ne, usły­sza­ne, zapa­mię­ta­ne.

Ale chce, tak bar­dzo chce,
obie­cu­je, wabi, kusi,
żąda.

I odma­wia każ­dej migaw­ce.
Każ­dej kartce.