ULICA

Peere­low­ska Dul­cy­neo, nie­spo­dzie­wa­nie i nie­ustan­nie
nawie­dza­ją­ca świa­do­mość.
Krót­ki odcin­ku ciem­nej dro­gi,
któ­ry nie prze­sta­jesz
– z prze­past­nych głę­bin pamię­ci –
kokie­to­wać moje­go zmę­czo­ne­go wędrów­ką umy­słu.

Uli­co dzie­ciń­stwa, zakwi­ta­ją­ca w wyobraź­ni
nie­zli­czo­ny­mi odcie­nia­mi bie­dy,
kon­struk­ty­wi­stycz­no-kubi­stycz­nej sza­ro­ści.

Dul­cy­neo.

Utra­co­na bez­pow­rot­nie, utra­co­na na zawsze.
Utra­co­na.

Uli­co, zbu­do­wa­na z żela­znych pło­tów, któ­rych już nie ma,
zbu­do­wa­na z szorst­kich ścian, któ­re sta­ły się nie­wi­dzial­ne.

To jest apo­stro­fa tęsk­no­ty.
To jest znak bez­brzeż­ne­go żalu.

To jest tren pol­skie­go Don Kicho­ta,
któ­ry już nie odnaj­du­je cię tam,
gdzie nie­gdyś pysz­ni­łaś się swo­ją nędzą.

Uto­nę­łaś w rze­ce cza­su,
znik­nę­łaś pod powierzch­nią eklek­tycz­nych fasad.
Nowe budyn­ki wyro­sły jak olbrzy­my
w miej­scu naszych daw­nych spotkań.