TEN MOMENT

W tym men­tal­nym azy­lu,
w tej natu­ral­nej enkla­wie
musi się w koń­cu poja­wić
sędzi­we zwie­rzę.

Niech będzie to wilk alfa,
samiec lub sami­ca,
pomiot Fen­ri­ra,
osob­nik złak­nio­ny samot­no­ści
i wszyst­ko koń­czą­cej śmier­ci.

Lupus arche­ty­picz­ny, reszt­ka­mi sił
wlo­ką­cy się ku gra­ni­cy,
powłó­czą­cy drę­twie­ją­cy­mi łapa­mi,
nio­są­cy w zaci­śnię­tym pysku reszt­ki
god­no­ści, dumy,
nie mniej szla­chet­ny
niż druh mój czar­no­pió­ry.

Niech przyj­dzie, zwa­bio­ny roślin­ną ciszą,
szme­rem czu­łe­go poto­ku, cie­niem dostoj­ne­go klo­nu,
bar­wą nie­ru­cho­mych kamie­ni, mięk­ko­ścią tra­wy,
kuszą­cym zapa­chem odlud­nej kniei,
niech zło­ży próch­nie­ją­ce kości u stóp
naj­wyż­szej góry, na kra­wę­dzi nie­zgłę­bio­nej
głę­bi.

Niech prze­peł­nia go tro­ska o porzu­co­ne sta­do,
lęk o spo­kój ostat­niej chwi­li,
ból odbie­ra­ją­cy pamięć, rezy­gna­cja.

Z linie­ją­cych wspo­mnień niech się wynu­rzy
nagle cała wier­na wata­ha,
niech jego bra­cia, sio­stry
obstą­pią go ści­śle, obej­mą instynk­tow­nie,
prze­wod­ni­ka, przy­wód­cę,
wznio­są ku nie­bu łby
i poczną wyć.

Niech lamen­tu­ją dłu­go,
w żalu nie zna­jąc mia­ry,
niech księ­życ sre­brzy­ście odle­gły
usły­szy ich tre­ny.

Niech odej­dą po roz­wi­dlo­nych ścież­kach
krwi, roz­wi­dla­ją­cych się dróż­kach
tego ustro­nia
wte­dy dopie­ro, gdy cia­ło zde­chłe­go osty­gnie,
a kum mój wier­ny, ostro­dzio­by,
przy­stą­pi do tru­piej uczty.