STUDIUM

I.

Equ­us asi­nus.
Bino­mi­nal­ny syn mat­ki ewo­lu­cji
i Lin­ne­usza, przy­rod­ni­ka z Bożej łaski.

Debiut egzy­sten­cjal­ny w mio­ce­nie,
na tek­to­nicz­nych pły­tach Eura­zji,
jakieś czte­ry milio­ny lat
przed wjaz­dem mistrza z Naza­re­tu
do Jero­zo­li­my.

Dome­sty­ka­cja – mniej wię­cej
pięć, sześć tysię­cy lat temu
w mezo­po­tam­skiej koleb­ce
i egip­skiej pia­skow­ni­cy.

Tam wła­śnie splo­tły się nasze dro­gi.

Wprzę­gli­śmy go w nasz los.
I sta­li­śmy się inte­gral­ni.

II.

Uni­kal­na budo­wa ana­to­micz­na
oraz wyjąt­ko­wo wyra­zi­ste
cechy mor­fo­lo­gicz­ne
czy­nią osła w rodzi­nie Equ­idae
nie­pa­rzy­sto­ko­pyt­nym zja­wi­skiem.

Jest to ssak powab­ny, krę­py,
o nisko zawie­szo­nym nad gle­bą,
kubi­stycz­nym tuło­wiu.

Posia­da podłuż­ny łeb, sztyw­ną grzy­wę,
ela­stycz­ny ogon, desko­wa­tą skó­rę,
a u dołu
amor­ty­za­cyj­ne i wytrzy­ma­łe
struk­tu­ry kera­ty­no­we.

Pokry­wa go kamu­flaż sier­ści.

Lata­ją­ce uszy
doda­ją mu zwie­rzę­co­ści.

III.

Jest w sta­nie ponieść
pięć­dzie­się­cio­ki­lo­gra­mo­wy ładu­nek
na odle­głość wie­lu kilo­me­trów
w eks­tre­mal­nych warun­kach tere­no­wych,
pogo­do­wych, pijąc tyl­ko rosę,
spo­ży­wa­jąc chwa­sty, nawet osty.

Lata­ją­ce ośle uszy
to wyso­ko spe­cja­li­stycz­ne
audio­de­tek­to­ry, pre­cy­zyj­ne
narzę­dzia komu­ni­ka­cji, czu­łe
apa­ra­ty ter­mo­re­gu­la­cji.

To zwie­rzę prze­trwa zawsze i wszę­dzie,
tra­fi do celu bez­błęd­nie, donie­sie,
co trze­ba donieść,
a napo­tka­ny­mi prze­szko­da­mi
nigdy się nie ziry­tu­je.

Oto, dla­cze­go już u zara­nia,
w każ­dym moż­li­wym zakąt­ku,
zaprzę­gli­śmy osła do kie­ra­tu.

IV.

Prze­szli­śmy z nim dłu­gą dro­gę.

Mamy wspól­ną histo­rię, prze­ży­cia,
arche­ty­picz­ną wie­dzę.

W dwu­rzecz­nej doli­nie
sta­wia­li­śmy pierw­sze kro­ki,
w cie­niu pira­mid trans­por­to­wa­li­śmy
życio­daj­ną wodę,
kon­stru­owa­li­śmy pio­nier­skie
kul­tu­ro­we mosty
z wina, oli­wy i jedwa­biu.

Dźwi­ga­li­śmy broń i namio­ty
w cza­sie ana­ba­zy.
Gra­li­śmy na nosach kar­ta­giń­skich sło­ni.

Kru­cja­ty były dla nas pró­bą
asce­zy i wia­ry.

Nowy Świat
zara­ził nas gorącz­ką zło­ta.

Wsła­wi­li­śmy się na fron­tach
obu wiel­kich wojen.

Wszyst­ko to poprą licz­ne dowo­dy,
znaj­dą się nawet muzea, pomni­ki.

V.

Osioł
to jed­nak nie tyl­ko odwiecz­ny
boha­ter­ski robol.
To rów­nież sym­bol.

Pierw­si uży­li go teo­lo­dzy
i kry­ty­cy reli­gii.

Bala­am padł przed osłem,
to zna­czy przed Panem,
na kola­na.
Łeb Seta,
pana burz i cha­osu,
budził para­li­żu­ją­cą gro­zę.
Ono­la­trią pod­rzy­na­ło się gar­dła.

Na ośle Buri­da­na
pod­ska­ki­wa­li filo­zo­fo­wie.

Ezop i Ape­le­jusz,
Cervan­tes i Szek­spir,
La Fon­ta­ine i pomniej­si lite­ra­ci
zajeź­dzi­li topos osła.

Ste­reo­ty­po­we wyobra­że­nia
o oślim upo­rze i oślej głu­po­cie
pomiń­my lito­ści­wym mil­cze­niem.

Jeden Che­ster­ton pojął, kim jest
to hybry­dycz­ne zwie­rzę
w oślej skó­rze.
Odkrył praw­dę.

VI.

Uży­wa­li­śmy osła, nasze­go bra­ta,
pod wszyst­ki­mi dłu­go­ścia­mi i sze­ro­ko­ścia­mi,
na wszel­kie spo­so­by –
głu­pie i mądre,
moż­li­we i nie­moż­li­we,
eks­plo­ato­wa­li­śmy go na płasz­czyź­nie
fizycz­nej i men­tal­nej.

Nada­li­śmy mu ludz­kie oby­wa­tel­stwo,
a sobie przy­zna­li­śmy pra­wo
bycia oślą isto­tą.

Roz­pla­ta­ją się jed­nak nasze ścież­ki.
Prze­sta­je­my być inte­gral­ni.

Zosta­wia­my go
w zoo­lo­gicz­nych kar­ce­rach, cyr­kach,
w tera­peu­tycz­nych zagro­dach,
z auty­stycz­ny­mi dzieć­mi,
ofia­ra­mi wypad­ków,
dogo­ry­wa­ją­cy­mi star­ca­mi.

Nasza ścież­ka wie­dzie
w cyber­ne­tycz­ne zaświa­ty,
może na inne pla­ne­ty,
w głąb nowych uto­pii.

A jego?
To jesz­cze nie jest dla nas
do koń­ca jasne, ale
na pew­no w zupeł­nie inną stro­nę.

Żegnaj, scep­tycz­ny Benia­mi­nie.
Żegnaj, melan­cho­lij­ny Kła­po­uchy.

Żegnaj­cie wszyst­kie
zacne osły.