SĄD

Mat­ki ugo­to­wa­ły i zja­dły swo­je dzie­ci.
Lamen­ta­cje, czte­ry dzie­sięć.

Lewi­ta wydał kon­ku­bi­nę tłu­mo­wi,
a gdy zgwał­co­no ją i zabi­to,
poćwiar­to­wał jej cia­ło na dwa­na­ście
czę­ści i roze­słał do dwu­na­stu ple­mion.
Sędziów, dzie­więt­na­ście dwa­dzie­ścia pięć.

Pro­rok otrzy­mał roz­kaz, aby upiec chleb
na ludz­kim łaj­nie
i spo­żyć go na oczach tłu­mu.
Eze­chiel.

Aby wziąć za żonę nie­rząd­ni­cę,
spło­dzić z nią dzie­ci i nadać im
hań­bią­ce imio­na.
Oze­asz.

Wybrań­cy modli­li się
psal­ma­mi zło­rze­czą­cy­mi.

Syn czło­wie­czy ukrę­cił
bicz i chło­stał ludzi,
wywra­ca­jąc stra­ga­ny.

Bru­tal­nie skar­cił Pio­tra.
Zejdź mi z oczu, sza­ta­nie.

Do głę­bi zasmu­cił
Jana, a nade wszyst­ko
swo­ją cichą mat­kę.

*

Cia­ło może być narzę­dziem sądu.
Eks­kre­ment języ­kiem Boga.
Pogar­dza­ne sło­wo – oskar­że­niem.
Chleb – wyro­kiem.

Odku­pie­nie nie jest oczy­wi­ste.
Prze­świe­ca przez roze­rwa­ną
na dwo­je zasło­nę.
Jak kość przez głę­bo­ką ranę.

*

To, co teraz widzę, ludu mój,
budzi­ło­by mój pusty śmiech,
gdy­bym nie był już jedy­nie
szme­rem, wyrocz­nia Pana.

Grasz ostro, ale
nie­udol­nie.

Nic nie wiesz.
Mio­tasz się.

Kogo chcesz prze­ra­zić?

Jego?
Mnie?

Wysi­lasz się, oskar­żasz,
depra­wu­jesz i nisz­czysz.
Nie two­rzysz budow­li, ludzi.
Ude­rzasz.
Cytu­jesz.

Pan, ludu mój, wie­dział.

Ty nie wiesz.