PRZEJAZD

Wagon czter­na­sty, miej­sce trzy­dzie­ste dru­gie,
ale bywa róż­nie,
Inter City albo Pen­do­li­no,
albo inny punk­tu­al­ny prze­woź­nik, któ­ry
dobrze zna się na rze­czy
i trans­por­tu­je, jak się patrzy,
kole­jo­we ste­war­des­sy sczy­tu­ją kody,
czę­stu­ją kra­dzio­nym bale­ja­żem, pobły­sku­ją
wbi­ty­mi w skrzy­deł­ka noz­drzy
bry­lan­ci­ka­mi,
kon­duk­to­rzy, oczy­wi­ście, wyszu­ka­ne tatu­aże,
srebr­ne sygne­ty, rze­mien­ne bran­so­let­ki,
jak naj­bar­dziej, uprzej­mie
pro­szę, ależ, a może,
tele­ekra­ny, świe­cą­ce dio­dy, gniaz­da
do reani­ma­cji smart­fo­nów,
gło­sy obwiesz­cza­ją­ce, przy­po­mi­na­ją­ce,
wysia­da­ją­cym uprzej­mie dzię­ku­je­my,
ci, któ­rzy jadą dalej, pach­ną calvi­na­mi,
posia­da­ją czar­ne naj­ki, bia­łe pumy, roz­mi­go­ta­ne
desi­gu­ale, bez­prze­wo­do­we sen­n­he­ise­ry,
nawet książ­ki,
wła­ści­wie zado­ko­wa­ne
nadzie­je.

Elek­trycz­na trak­cja pierw­sza kla­sa.

Wszyst­ko jest inne niż.
Lep­sze, bar­dziej obie­cu­ją­ce niż jesz­cze.

Wszyst­ko się uto­pij­nie łasi.
Ocie­ra sobą o każ­de ludz­kie
ucho, oko.
Ego.

Wszyst­ko się cyber­ne­tycz­nie żarzy.
Jak futu­ry­stycz­ny neon
nad mar­ke­tem.
Tną­ca prze­strzeń żółć, magne­ty­zu­ją­ca czer­wień.

A to, co za oknem
pochy­la tra­wy, tań­czy z liść­mi,
goni lisy, co kształ­tu­je chmu­ry,
co mówi, musisz iść, jechać,
nie zwle­kaj,
wsiądź teraz, wysiądź natych­miast,
musisz się prze­miesz­czać,
jest takie, jak daw­niej.

Nie­wi­dzial­ne, ukry­te.
Nie wia­do­mo jakie.