POWRÓT

Ody­se­ja, pieśń sie­dem­na­sta.
Ody­se­usz docie­ra do domu jako żebrak.

Jak dłu­go mógł żyć pies w ósmym wie­ku
przed naszą erą? Dzie­sięć lat. Może dwa­na­ście.
Nie dłu­żej.

A nawet gdy­by żył tak dłu­go, jak chce Homer,
po dwu­dzie­stu latach nie roz­po­znał­by już Ody­se­usza.
Pan musiał go opu­ścić,
gdy był jesz­cze szcze­nia­kiem.

Argos nie jest zwie­rzę­ciem.
Nie jest psem.

Jest cie­niem.
Gra­ni­cą.
Gro­bem.
Bra­mą.

Jest czy­stą tęsk­no­tą, samą ideą cze­ka­nia,
wcie­lo­ną pamię­cią, samot­ną wyspą,
łak­ną­cą zba­wien­ne­go przy­pły­wu,
Ita­ką, ocze­ku­ją­cą na swo­je­go pra­wo­wi­te­go kró­la,
spę­ka­ną zie­mią, wyglą­da­ją­cą ożyw­cze­go desz­czu.

Jest achaj­skim Hio­bem, któ­re­go jedzą roba­ki,
lamen­tem nad nie­obec­no­ścią pana,
bez­gło­śną skar­gą Pene­lo­py,
sta­nem jej wier­nej duszy,
strau­ma­ty­zo­wa­nej umy­sło­wo­ści.

Strzę­pem, skrze­pem, cho­rym ser­cem, pęka­ją­cym
z żalu, obfi­cie bro­czą­cym nie­wi­dzial­ną krwią.

Argos jest ocza­mi, wygłod­nia­łym wzro­kiem
wędrow­ca, zagu­bio­ne­go w labi­ryn­to­wym
świe­cie, spoj­rze­niem, któ­re chcia­ło­by
spleść się ze spoj­rze­niem powra­ca­ją­ce­go Ody­se­usza.
Powra­ca­ją­ce­go pana.

Ale pan odwra­ca gło­wę. Nie chce zostać roz­po­zna­ny
przed­wcze­śnie. Gdy­by tak się sta­ło, rzeź zalot­ni­ków
mogła­by nie dojść do skut­ku. Wszyst­ko mogło­by
poto­czyć się ina­czej.

Ody­se­usz odwra­ca gło­wę.

Argos jest naj­czyst­szym wzru­sze­niem, jed­ną
łzą, któ­rą król w sza­tach żebra­ka sta­ra się
ukryć przed pastu­chem Euma­jo­sem.

Argos nie jest zwie­rzę­ciem,
zdy­cha­ją­cym na grec­kiej zie­mi.
Nie jest pogań­skim psem.

Jest wier­nym towa­rzy­szem,
jest tym, co w powra­ca­ją­cym panu
nagle zmar­twych­wsta­je.