CYKL

I.

Począ­tek był samym jądrem ciszy,
oce­anicz­nym koły­sa­niem wód,
szu­mem nad­brzeż­ne­go lasu, szme­rem mchu,
ramio­na­mi gene­zyj­skich papro­ci,
arche­ty­picz­nym pogra­ni­czem dźwię­ku.

II.

Naro­dzi­ny słu­chu –
to nuce­nie zmę­czo­nej mat­ki,
ojca głę­bo­kie pomru­ki.

Potem
przed­szkol­ne pio­sen­ki, kla­so­we popi­sy.

Melo­dyj­ne zwia­stu­ny, pro­stu­ją­cy ścież­ki
ćwier­ka­ją­cy posłań­cy.

III.

I wresz­cie zstą­pi­ła Ona.

Posia­dacz­ka ochry­płej har­fy,
poła­ma­nych skrzy­deł, wyją­cej liry, cho­re­go gar­dła,
elek­trycz­nie upie­rzo­na Har­pia.

Dra­pież­na, mię­so­żer­na, zapi­ja­czo­na,
opa­li­zu­ją­ca wszyst­ki­mi moż­li­wy­mi halu­cy­na­cja­mi,
samo­bój­cza, tapla­ją­ca się w bło­cie
krwi.

Roz­szar­py­wa­ła.
Roz­ka­za­ła paść na twarz
przed obli­czem osza­la­łe­go Kró­la-Jasz­czu­ra.

IV.

Zła­god­nia­ła gwał­tow­nie, zdu­mie­wa­ją­co
nie­spo­dzie­wa­nie.

Pozwo­li­ła nagle
doce­nić dziw­ne jed­no­garb­ne zwie­rzę,
któ­re prze­śli­zgnę­ło się lirycz­nie
przez kamien­ne ucho.

Prze­sta­ła być Har­pią, sta­ła się
Nadob­ną Bia­ło­gło­wą,
Udu­cho­wio­ną Don­ną.

Wio­dła w stro­nę de Présa, Mozar­ta.
Z powa­gą dora­dza­ła uczest­nic­two w Świę­cie Wio­sny,
w saba­cie na Łysej Górze.

W koście­le Bacha
poło­ży­ła palec na ustach.
I mil­cza­ła dłu­go,
dłu­go, wymow­nie.
Pła­ka­ła.
Pora­żo­na pasją
płod­ne­go kan­to­ra.

V.

Aż w koń­cu, utru­dzo­na,
podob­na do opa­da­ją­ce­go płat­ka,
zło­ży­ła gło­wę
na kola­nach małe­go Nil­sa.

Nicze­go już nie każe, nicze­go nawet
nie suge­ru­je, wsłu­chu­je się uważ­nie w każ­dy,
poje­dyn­czy plusk
Spre­wy.
Trwa.
Trwa, znie­ru­cho­mia­ła,
w cen­trum wrzą­ce­go mia­sta,
bom­bar­do­wa­ne­go hała­sem Ber­li­na.

Jest jesz­cze,
jesz­cze cicho
dźwię­czą kro­ple na jej ambien­to­wych par­ty­tu­rach, ale
pra­wie
już jej
nie
ma.