POSZUKIWANIA

I.

Chce­my go wresz­cie odna­leźć,
odczy­tać mu wszyst­kie zarzu­ty.

Damy mu Norym­ber­gę,
pra­wa god­ne Eich­man­na,
jest w koń­cu mistrzem nad mistrze.

Świa­do­mi prze­stróg Pier­re­po­in­ta,
potrak­tu­je­my go wręcz miło­sier­nie.

II.

Świa­tło­wo­do­we ale­je, pasa­że
wio­dą do cen­trów han­dlo­wych, biblio­tek
i Bóg jeden wie, gdzie jesz­cze.

Kapi­lar­ne ścież­ki, ulicz­ki peł­zną
ku skło­tom, meli­nom, gdzie mistrz,
tak, on wła­śnie, mówi banal­ne
„dobra­noc”.

Wybie­ra­my tra­sę kla­sycz­ną i pew­ną,
roz­wią­za­nie, ufa­my, final­ne,
kata­ba­za
daje nadzie­ję na szyb­kie spo­tka­nie.

III.

Idzie­my śla­dem mod­ne­go kile­ra,
przy­cią­ga, pro­wa­dzi nas
woń dealu, medycz­ne­go roz­kła­du,
odry­wa­my pla­stry, wdy­cha­my opa­ry,
testu­je­my igły,
łyka­my gorz­kie piguł­ki.

Namie­rza­my sto­sow­ne­go pacjen­ta.

Roz­szar­pa­ny, jak zwie­rzę padłe
w dzi­czy, spo­ży­wa­ny przez jado­wi­te insek­ty,
pół­przy­tom­ny, gni­ją­cy, jak­by cze­ka
pod tru­pią ścia­ną na zabieg.

Facho­wa inspek­cja ludz­kiej padli­ny,
wiwi­sek­cja led­wie już tlą­cych się tka­nek,
wni­ka­my, oświe­tla­my, pene­tru­je­my
zglisz­cza
po anal­ge­tycz­nym nalo­cie.

IV.

W naj­ciem­niej­szym fen­ta­ny­lo­wym
zauł­ku, u samych korze­ni
pier­wot­ne­go gnie­wu,
w spa­dłym gnieź­dzie, uwi­tym
z udrę­czo­nych zwo­jów, wyklu­te
z eks­kre­men­tów i bólu, drżą
dwa mira­że.

Nie oskar­ża­ją, nie prze­kli­na­ją, nie szy­dzą
w wie­lu języ­kach.
Szep­czą.

my i ty
cie­bie tyl­ko cie­bie my w cie­bie
rozu­miesz
naj­bar­dziej i tak będzie zawsze
niczym się nie martw wszyst­ko

wszyst­ko będzie dobrze
jesteś

naresz­cie

jeste­śmy bli­sko
uwierz
tak
bli­sko

V.

Wyda­je się, że obra­li­śmy zły
kie­ru­nek, poszli­śmy złą
dro­gą, w złą
stro­nę, wyty­po­wa­li­śmy złe­go
pacjen­ta.

Cóż, znów ujrze­li­śmy nie to,
co chcie­li­śmy, któ­ryś już raz
chy­bi­li­śmy.

Nie pod­da­my się, wkrót­ce
cel­niej zło­ży­my się do strza­łu.

I uda się, musi się udać.

Dla świę­te­go spo­ko­ju
trze­ba go prze­cież w koń­cu
obar­czyć,
odse­pa­ro­wać,
ode­gnać,
precz wygnać.

Na zawsze, na pusty­nię,
vade retro, rece­de, apa­ge.

Tego prze­klęt­ni­ka, wro­gie­go nam
kozła, mitycz­ne­go czy nie,
a jakie to ma
zna­cze­nie.