PEJZAŻ

I ujrza­łem.

Upior­ne dro­ny, nie­omal bez­kształt­ne, krą­żą­ce nad pomru­ku­ją­cą zie­mią,
szorst­ką fak­tu­rą aku­stycz­ne­go zmierz­chu, sen­ne modu­la­cje,
bagna udrę­czo­nych mgieł,
echa zagnież­dżo­ne w gra­ni­to­wych musz­lach, w zaka­mar­kach
fonicz­nych lasów,
drżą­ce mem­bra­ny poro­śnię­te szu­mem liści, traw,
beł­kot próż­ni, błysz­czą­ce klin­gi sam­pli,
prze­strze­nie roz­war­stwio­ne, poćwiar­to­wa­ne
przy uży­ciu tere­no­wych pró­bek, eks­plo­du­ją­cych kro­pli, ostrych świ­stów,
roz­iskrzo­nych gło­sów dzie­ci, star­cze­go kasz­lu, kosz­mar­nie pięk­ne loopy,
cudow­ne dez­in­te­gra­cje, skra­da­ją­ce się czą­stecz­ki, war­czą­ce pla­my,
pętle hory­zon­tów zanu­rzo­ne w oce­anicz­nych głę­bi­nach,
w roz­mi­go­ta­nych har­mo­niach, w fabrycz­nych pogło­sach,
chwie­ją­cych się ska­lach, try­bach, tona­cjach.

Noma­dycz­ne­go Zep­pe­li­na cza­su, dry­fu­ją­ce­go olśnie­wa­ją­co i nigdzie,
cyber­pun­ko­wy sta­tek powietrz­ny,
holu­ją­cy doni­kąd i po nic
zanie­czysz­czo­ną atmos­fe­rę.

Ujrza­łem, a raczej
dane mi było ujrzeć.
Tak, powi­nie­nem raczej powie­dzieć, że
dostą­pi­łem
zaszczy­tu ujrze­nia.

Pozwo­lo­no mi nad tym skom­po­no­wa­nym,
epi­fa­nicz­nym pej­za­żem
udźwię­ko­wio­ną chwi­lę pome­dy­to­wać.

A potem, choć trud­no w to uwie­rzyć,
choć trud­no w ogó­le to sobie wyobra­zić –

potem –
nade­szła ogłu­sza­ją­ca ciem­ność i 

zapa­dła posta­po­ka­lip­tycz­na cisza.