PAN

Ten pan – to pan Tade­usz, mamo.
Róże­wicz od bole­śnie ści­śnię­te­go gar­dła.

A zdję­cie jest pana Ada­ma.
Hawa­łe­ja od utrwa­la­nia świa­ta.

*

Pro­sty obo­zo­wy płaszcz.
Szal ska­zań­ca.
Zmię­ta czap­ka
w zaci­śnię­tych dło­niach.
Jed­na ręka­wicz­ka.

Twarz sta­re­go stró­ża
otchła­ni.

Róża, któ­ra wyro­sła i zwię­dła
na tok­sycz­nym pod­ło­żu,
na ludz­kim wysy­pi­sku.

*

Wywo­ła­ny nie wia­do­mo gdzie i kie­dy.
Nie wia­do­mo przez kogo.
Nie wia­do­mo po co.

*

Samot­ny w zbez­czesz­czo­nej prze­strze­ni.
Samot­ny na ape­lo­wym
pla­cu.

Miesz­ka­niec wypa­tro­szo­ne­go świa­ta,
syn wybe­be­szo­nej zie­mi,
świa­dek od pil­no­wa­nia
śmiet­ni­ka.

Wyglą­da, jak­by wła­śnie zlazł z pry­czy
i wylazł z cuch­ną­ce­go bara­ku.

Wię­zień.
Funk­cyj­ny od zbęd­nych rze­czy,
gni­ją­ce­go mię­sa, pognie­cio­nych puszek,
udu­szo­nych resz­tek, jało­wej
mate­rii, roz­włó­czo­nych tka­nek.

*

W tle czar­no-bia­ła góra papie­rów,
szma­ty, kubły, wul­ka­ny
wyrzy­gu­ją­ce
odpad­ki.

Pły­ty z bla­chy.
Nagie gałę­zie, strzęp
nie­ba.

*

Zima.

Pan Hawa­łej mie­rzy do pana
Róże­wi­cza.

Celu­je pro­sto w ser­ce.

Pan Róże­wicz sta­nął
oko w oko z bez­li­to­snym
obiek­ty­wem.

Patrzy na nad­zor­cę.
Opraw­cę.

Spoj­rze­nia panów są zim­ne
jak nie­miec­kie szkło mistrza Zeis­sa.

Palec pana naci­ska
spust, pan zamie­ra.

*

Co ze sobą zabrać
na tam­ten brzeg?

Nic.

Może tyl­ko to.

Tę jed­ną
rzecz, pro­szę.

Tę foto­gra­fię
z osiem­dzie­sią­te­go dzie­wią­te­go,
mamo.