OSTATNI

Odpły­nę­ły tra­twy i dostoj­ne kogi,
a na nich wszyst­kie –
dobre i złe bogi.

Odpły­nę­li ci nie­licz­ni, któ­rzy może nawet nam sprzy­ja­li.

Sto­imy w pustym por­cie. Wpa­trze­ni w odle­głe
rufy, któ­re poże­ra prze­strzeń i sól.

Albo raczej pędzi­my przez próż­nię,
uwię­zie­ni w prze­lud­nio­nej sta­cji kosmicz­nej.

Może orbi­tu­je­my wokół nie­ist­nie­ją­ce­go jądra.
Zatrza­śnię­ci w wystrze­lo­nej doni­kąd kap­su­le,
poru­sza­my się po zagad­ko­wej tra­jek­to­rii.

Może.

Jakie to banal­ne, nija­kie, po pro­stu żad­ne.
I inne być nie może. I nigdy nie będzie.

Wiesz co? Wła­ści­wie to już nic. Nic.

Lepiej za dużo nie myśl i upar­cie milcz,
milcz nie­ubła­ga­nie
o względ­no­ści przez kwan­ty pomno­żo­nej, kwa­za­rach i kwar­kach,
o gene­tycz­nych defek­tach i wyście­ła­nych nie­pew­no­ścią
czar­nych dziu­rach.
O poro­nio­nych Pas­ca­lach albo innych Haw­kin­gach.

Lepiej zadbaj o dziec­ko, okaż czu­łość żonie, pogłaszcz kota,
skoś traw­nik. I niech ci to wystar­czy. To musi wystar­czyć.
To wystar­czy.

Pluń na Nową Śle­pą Trój­cę.
Aber­ra­cję, Entro­pię, Ani­hi­la­cję.

Rufy koły­szą się upar­cie,
jak­by tam­ci jesz­cze
– roz­pusz­cza­jąc się leni­wie w żrą­cym roz­two­rze morza –
iro­nicz­nie
macha­li nam
na poże­gna­nie.

Kolo­ro­we baniecz­ki uno­szą się
na wodzie,
świa­tła huś­ta­ją się, krę­cą, gasną
na kosmicz­nym kilwaterze.