OGNIWO

Mia­łom być czę­ścią łań­cu­cha
mło­de­go Iso­ma, zaku­te­go na trzy
mie­sią­ce w kaj­da­ny za pró­bę
uciecz­ki z plan­ta­cji baweł­ny.

Ale pękłom, upa­dłom, a Isom
pod­niósł mnie ukrad­kiem,
scho­wał, choć sam nie wie­dział,
dla­cze­go, po co, trzy­mał
pod bar­ło­giem w lepian­ce
i strzegł jak oka w gło­wie
przez lat trzy­dzie­ści sześć.

To jest kawa­łek tego, co nas
tu trzy­ma, weź, strzeż, abyś
zawsze pamię­tał, że zła­mać
moż­na naj­moc­niej­sze żela­zo,
ale czło­wie­ka jedy­nie pode­ptać.

Rzekł do pięt­na­sto­let­nie­go
syna, Jaco­ba, sta­ry Isom i umarł.

Jacob tak­że pró­bo­wał uciec,
nie zdo­łał, za karę został
sprze­da­ny, lecz zanim opu­ścił
na zawsze plan­ta­cję, dał mnie
sio­strze swo­jej, Ruth, aku­szer­ce.

Ona swo­jej wnucz­ce, ta cór­ce.

Wiedz, że to nie jest pre­zent,
zwy­kła pamiąt­ka, to jest memen­to,
nic się nie zmie­ni­ło, to, co ist­nia­ło,
ist­nie­je i zawsze ist­nieć będzie,
moje dziec­ko, żegnaj, pamię­taj.

Ułom­ne, pra­wie nic nie­war­te,
jakoś, po coś jed­nak trwam,
coś jed­nak łączę, przy­ku­wam
uwa­gę, czymś jed­nak jestem.

Dla tych z dzi­kiej Pół­no­cy
i z dzi­kie­go Połu­dnia, dla tych
z dzi­kie­go Wscho­du i Zachodu.