NOAH

I.

Praw­da dystan­su­je lite­ra­tu­rę.

Czy poeta był­by w sta­nie
wymy­ślić obraz Mat­ki, klę­czą­cej z odda­niem
przed ucie­le­śnio­nym nie­szczę­ściem,
przed kli­nicz­nym przy­pad­kiem,
przed upior­nym wyobra­że­niem,
budzą­cym panicz­ny lęk u każ­dej brze­mien­nej,
przed zde­fek­to­wa­nym fak­tem,
gdzieś, w jakiejś obskur­nej przy­chod­ni,
w zapa­dłej dziu­rze?

To musia­ło się wyda­rzyć.
Tak było.
Dokład­nie tak to wyglą­da­ło.
Nie trze­ba było nicze­go kon­stru­ować.
Wystar­czy­ło zaświad­czyć.

Czy moż­na by wykon­cy­po­wać obraz
bar­dziej pora­ża­ją­cy, pier­wot­ny, arche­ty­picz­ny,
dra­pież­ny niż ten opi­sa­ny w zabój­czej
Nocy?

Dziec­ko, któ­re zna­la­zło się w pie­kle,
chwy­ta, ści­ska kur­czo­wo
rękę zroz­pa­czo­ne­go ojca.

To nie musia­ło się wyda­rzyć.
To nie powin­no się nigdy, nigdzie wyda­rzyć.
Samo wymy­śla­nie takich scen powin­no być
karal­ne.
Ale wła­śnie to, to wła­śnie się wyda­rzy­ło.
I prze­ro­sło każ­de ludz­kie sło­wo.

II.

Idź­my dalej.

Tym razem skie­ruj­my snop świa­tła na Noaha.
Oświe­tl­my Dziec­ko.

Dwa tysią­ce dwu­dzie­sty.
Pożar.

CNN poda póź­niej, że w sta­nie Geo­r­gia
dom licz­nej rodzi­ny sta­nął w pło­mie­niach.

My, tu, korzy­sta­jąc z licen­tia poeti­ca,
śmia­ło może­my powie­dzieć, że w pło­mie­niach
sta­nął cały świat.

Pię­cio­let­ni Noah spał w jed­nym poko­ju
ze swo­ją dwu­let­nią sio­strą.
Obu­dził go żrą­cy dym. Obu­dzi­ły go tra­wią­ce
rze­czy­wi­stość pło­mie­nie.

Noe pode­rwał się z łóżecz­ka, wziął w obję­cia
sio­strzycz­kę i opu­ścił dom jedy­nym
dostęp­nym mu wyj­ściem – oknem.

Natych­miast wró­cił.
Aby wycią­gnąć ze swo­je­go poko­ju
skam­lą­ce­go psa.

Pobiegł do sąsied­nie­go domu.
Zaalar­mo­wał wuj­ka.
Razem z nim rato­wał resz­tę rodzi­ny.

Nikt nie odniósł więk­szych obra­żeń.
Nikt nie zaprzą­tał sobie gło­wy
drob­ny­mi opa­rze­nia­mi.

Wszy­scy zwró­ci­li wzrok
na pię­cio­lat­ka.
Na Noaha, któ­ry ura­to­wał sied­mio­ro ludzi
oraz psa
z poto­pu ognia.

Sied­mio­ro.
Tak. Sied­mio­ro.

Świat spło­nął.

Ale pię­cio­let­ni Noe,
nawet nie dys­po­nu­jąc Łodzią,
oca­lił Ludz­kość
przed uni­ce­stwie­niem,
przed spo­pie­la­ją­cym wszyst­ko
Oce­anem.