NIC WIĘCEJ

Na chod­ni­ku przy wię­zien­nym murze
leży czar­ny mar­twy ptak.
Nie­bo uboż­sze
o trze­pot jego skrzy­deł
chło­nie zapach świe­żo sko­szo­nej tra­wy.
W odda­li grzmią elek­trycz­ne pocią­gi.

Kobie­ty dźwi­ga­ją kro­ple potu,
męż­czyź­ni dźwi­ga­ją spoj­rze­nia kobiet,
dzie­ci wra­ca­ją­ce z pla­ży dźwi­ga­ją
wyło­wio­ne z dna jezio­ra pła­skie kamie­nie.

Już póź­no.
Samot­nie sty­gnie zasy­pia­ją­ca gwiaz­da.
Czer­wo­ne przę­sła chmur.
Efe­me­rycz­ny most nocy.

W stro­nę moje­go poko­ju wol­no kro­czy
ożyw­czy sen o Machu Pic­chu.

To wszyst­ko.

Tyle tyl­ko może zaofe­ro­wać lipiec.

Prze­paść,
cień krzy­ku,
praw­dzi­wie nie­wy­ra­żal­ne,
banal­ne zda­rze­nia,
nie­wie­le zna­czą­ce fak­ty,
rezy­gna­cję,
zmę­cze­nie,
efek­tow­ny spek­takl przej­ścia,
zapo­wiedź tre­nu,
inka­skie powie­trze snu
po udrę­ce dnia.

To wszyst­ko.
Tyl­ko tyle.
Nic wię­cej.