NEKROPOLIS

Mani­la.
Cmen­tarz Pół­noc­ny.

Wie­lo­hek­ta­ro­wa wyspa
pośrod­ku post­ko­lo­nial­nej metro­po­lii.

Gęsto usia­na kla­sycz­ny­mi nagrob­ka­mi,
wypeł­nio­na ubo­gi­mi tubyl­ca­mi,
wygnań­ca­mi z wygod­nej nowo­cze­sno­ści.

Ludź­mi pozba­wio­ny­mi środ­ków do życia
wśród ludzi, zmu­szo­ny­mi do dzie­le­nia krypt
z umar­ły­mi.

Trud­no orzec, ilu ich tu jest.
Nikt nie liczy nie­umar­łych.
Wła­dze nie pro­wa­dzą
auto­kom­pro­mi­tu­ją­cych sta­ty­styk.

Sza­cu­je się, że od sze­ściu
do dzie­się­ciu tysię­cy, w tym
oko­ło osiem­set rodzin.

Mau­zo­lea zaadap­to­wa­li na domy,
z ale­jek uczy­ni­li ulicz­ki, boiska do gry
w koszy­ków­kę, pły­ty nagrob­ne
to ich sto­ły i łóż­ka,
a lśnią­ce epi­ta­fia to lustra.

Nie­umar­li wygnań­cy naj­mu­ją się jako
opie­ku­no­wie gro­bów, gra­ba­rze,
sprze­daw­cy kwia­tów, prze­wod­ni­cy
licz­nych wycie­czek.

Manil­ski Cmen­tarz Pół­noc­ny
to limi­nal­ne slum­sy,
karu­ze­la świa­tów,
wiel­ka fili­piń­ska atrak­cja tury­stycz­na.

Nie­obli­czal­ne życie
prze­pro­wa­dza tu
nekro­man­tycz­ny eks­pe­ry­ment
na nie­spo­ty­ka­ną ska­lę.

Tu cza­ry spla­ta­ją się z mara­mi,
góra łączy z dołem.

A nie­waż­kie chmu­ry mie­sza­ją
z cięż­kim piaskiem.