NAZCA

Dokądś szli­śmy.
Ale dokąd?

Ryli­śmy grunt.
Żło­bi­li­śmy ścież­ki.
Rzeź­bi­li­śmy w serirze.

Wyda­je się, że
usi­ło­wa­li­ście dialogować.

Kształ­to­wa­li­śmy wro­gi
teren.

Pró­bo­wa­li­ście nego­cjo­wać
warun­ki, tar­go­wać się o każ­dą
kro­plę.

Nasze prze­kleń­stwa,
nasze modli­twy
wiją się wśród
wul­ka­nicz­ne­go żwi­ru, są
wzo­ra­mi,
nić­mi.

Klu­czą w czasie.

Motyl poży­wia się słoń­cem.
Pająk czy­ha w chłodzie.

Trwa­cie
w sie­ci pustyn­nych zaklęć.

Widzi­my was.

Zmu­sza­cie nas, byśmy
na was patrzyli.

Chcie­li­śmy odejść.
Zni­ka­li­śmy.
To wy zmu­si­li­ście nas, byśmy
spoj­rze­li wam w oczy.

Odejdź­cie.

Zapo­mnie­li­śmy, jak i dokąd
się odcho­dzi.
Nie odej­dzie­my już
nigdy.