NA TROPIE

Na tro­pie Spraw­cy
jest się zawsze, szu­kać się prze­cież
nigdy nie prze­sta­je.

A gdy się wej­dzie
do ogro­du, sią­dzie
na drew­nia­nej ław­ce, zako­rze­nio­nej
przy jesio­no­list­nym klo­nie,
spoj­rzy na koron­ko­we wie­tli­ce
i zapa­li faj­kę,
pra­wie się wyglą­da
na Sher­loc­ka.

Gdy dzier­ży się w dło­ni
roz­grza­ną różdż­kę z wrzo­ś­ca,
w któ­rej rdze­niu leni­wie bytu­ją
żywio­ła­ki ognia,
docho­dze­nie w Spra­wie
sta­je się jesz­cze bar­dziej inten­syw­ne.

Pali się ucu­kro­wa­ną Vir­gi­nię,
uwę­dzo­ną Lata­kię
i z lupą przy nosie
mean­dru­je men­tal­nie,
wol­no podą­ża krok w krok
za dymem.

Bo i on kry­je Śla­dy.

Nie­prze­bra­ne jest bogac­two jego.

Wie­lo­pię­tro­we pokła­dy,
wie­lo­ki­lo­me­tro­we żyły, sen­su­al­ne zło­ża
o nie­moż­li­wych do osza­co­wa­nia roz­mia­rach.

Czu­je się smak mig­da­łów, rodzy­nek,
kakao, gorz­kiej cze­ko­la­dy.
Czu­je się woń sia­na, skó­ry.
Sły­szy się szep­ty żaglu­ją­cej w zauł­kach mgły.
Widzi się labi­ryn­ty,
oświe­tlo­ne ską­po gazo­wy­mi latar­nia­mi.

O umy­sło­wo­ści Spraw­cy
pew­ne wyobra­że­nie daje szum klo­nu,
kształt wie­tli­cy.
Nawet dym.

Zwłasz­cza dym.

Faj­ko­wy, wik­to­riań­ski woal, kadzi­dla­na zasło­na,
pach­ną­cy ruach, utka­ny z wie­lo­barw­nych,
wiją­cych się w powie­trzu nici,
sma­ko­wi­ta tyto­nio­wa pneu­ma,
falu­ją­cy arras, nasą­czo­ny nie­wy­po­wie­dzia­nym pięk­nem.
Zatru­tym. Śmiercionośnym.