POWRÓT
Droga
Posłańcy
Ofiarowanie
Pando
In utero
Narada
Kurru
Chatka
Ojciec
Batalia
Komunikat
Niby
Lód
Matka
Noah
WTC
Vianney
Blanche
Jacques
Ted
Iwao
Kwestia
Magda
Hermann
Invocatio
Echo
Echa
Zwrot
Konfrontacja
Koniec
Full
Trójpodział
Paradoks
Maski
Zuzanna
Siostrzyczki
Operacja
Zjednoczenie
Ramy
Sztuka
Sklepienie
Podłoże
Głębia
Monstrum
Mowa
Otwarcie
Sytuacja
Preludia
Turbulencje
Szmer
Maruta
Hibakusha
Rada
Nekropolis
Dziewczynka
Epitafia
Sekcja
Oponentka
Dar
Brzeg
MATKA
Wyszła z gabinetu.
Laryngologicznego albo stomatologicznego.
Trudno powiedzieć.
To było dawno. Dawno.
Nie istnieje już nawet tamta przychodnia.
Wyszła, trzymając za rękę chłopca.
Młoda, zatroskana i piękna jak Miriam,
która zgubiła Syna.
Poszła z nim na koniec korytarza.
Chłopiec miał dziesięć, jedenaście lat,
okulary, słoneczny uśmiech
i widoczny jak na dłoni defekt genetyczny.
Trisomnia dwudziestego pierwszego
chromosomu.
Klęknęła…
Nie. Padła przed nim na kolana.
Jak przed Sanctissimo Sacramento.
Uniżyła się, aby go ubrać.
Aby mu usłużyć.
Kurtka, czapka, rękawiczki, szalik.
Kolory?
Trudno powiedzieć.
Z czasem wyblakły.
Poprawiała dwa, trzy razy.
Jakby celebrowała. Jakby nie zważając na nic
adorowała.
Wstała, narzuciła na siebie jakiś
płaszczyk, nawet nie zapięła,
wzięła chłopca za rękę.
Wyszli. Powoli.
Na dworze było bardzo zimno.
Było szaro.
Była zawieja.
To na pewno.
Oto Matka.
Która trwa we mnie,
klęczy,
patrzy mi prosto w oczy.
Która bez zastrzeżeń akceptuje to,
co ubogie, najbardziej ułomne,
absolutnie niedoskonałe.
Wiem, że znajdzie mnie, znajdzie wszędzie,
choćbym nawet opuścił Świątynię.
Ta Matka zostanie ze mną
do samego końca.