LÓD

Sama nie wiem, po co to robię.
To pra­gnie­nie tego,
co pier­wot­ne, ele­men­tar­ne.

Chy­ba.

Bie­ga ze mną Luna.
Mąż nie chce, nigdy nie chciał.
Podob­nie syno­wie.

Bie­gam w dzień, nocą.
Róż­nie.

O każ­dej porze roku.
Naj­bar­dziej lubię zimę.
Zimo­we kąpie­le.

W lesie.

Od cza­su do cza­su spo­ty­kam
dzi­ki, samot­nych męż­czyzn.
Lubię obser­wo­wać pta­ki.

Nigdy nie odczu­wam stra­chu.
Nawet, gdy jestem sama, bo Luna
aku­rat spa­ła, gdy wycho­dzi­łam.
Jest już sta­ra,
tro­chę nawet nie­do­łęż­na.

I nie zawsze taka odważ­na jak ja.

Prze­ra­zi­ła ją kie­dyś szar­żu­ją­ca locha.

Mój młod­szy syn mówi, że
nie jestem zupeł­nie nor­mal­na.
Star­szy tyl­ko patrzy
i wzru­sza ramio­na­mi.
Mąż wiecz­nie oglą­da fil­my.

Cza­sem któ­ryś z synów
pobie­gnie ze mną,
gdy zupeł­nie już nie wie,
co ze sobą zrobić.

Dłu­go jesz­cze?
I po co to wszyst­ko,
pięć­dzie­się­cio­let­nia nim­fo?

Pra­wie sześć­dzie­się­cio­let­nia,
trzy­dzie­sto­let­ni chłop­cze.
I nie „nim­fo”.
Jestem rusał­ką.

Zapo­mnia­łem czap­ki,
jest cho­ler­nie zim­no,
mar­z­ną mi uszy, mamo.

Sty­czeń.
Albo luty.
Dzień.
Albo noc.

Sto­ję w kąpie­lo­wym stro­ju
na samym środ­ku
leśne­go jezior­ka i zna­le­zio­ną
gdzieś gałę­zią usi­łu­ję
roz­kuć lód.

Na brze­gu cze­ka Luna.
Albo syn.
Albo tyl­ko las.

Niech cze­ka, myślę,
rusał­ka musi wejść do czar­nej wody.

Musi.