LIST

Naj­niż­sza Pani,
piszę do Pani, piszę,
pra­gną­łem to uczy­nić już wie­lo­krot­nie,
piszę, ale zawsze, aby, nigdy, albo­wiem, i.

Sam nie wiem, po co kon­kret­nie
to robię.
Na ogół tak się nie zacho­wu­ję, zazwy­czaj,
nie poj­mu­ję, może w ogó­le, wła­ści­wie,
wca­le a wca­le,
nie wie­rzę.

Nie piszę w żad­nym okre­ślo­nym celu.
To nie jest modli­twa.
Nie wzy­wam wsta­wien­nic­twa.
Nie wymu­szam kon­tak­tu.
O nic nie pro­szę, nie chcę narze­kać, dzię­ko­wać,
sła­wić, dopy­ty­wać, zaprze­czać.

Piszę po pro­stu, by zako­mu­ni­ko­wać.
Że wiem.

Wiem
o Niskiej Pani.
I o tym, że ujrza­ła Pani
Aqu­éro.
I czu­ję się z tą wie­dzą jak nie­god­ny,
przy­pad­ko­wy tra­garz
kon­se­kro­wa­nej hostii.

Niech mi wol­no będzie powie­dzieć tyl­ko to.

Wiem o wię­zien­nym lochu Naj­niż­szej Pani,
o ojcu nie­udacz­ni­ku, mat­ce wygra­ża­ją­cej żela­znym prę­tem,
o bra­cie, wygłod­nia­łym zja­da­czu kościel­ne­go wosku,
o wiel­kiej kupie gno­ju pod zakra­to­wa­nym oknem,
o nie­ba uchy­le­niu i zamknię­ciu,
o gory­czy śledztw, o zako­nie.
O Testa­men­cie.

Te fak­ty są jak wiąz­ka zebra­nych przez Panią
w dro­dze do gro­ty
gałę­zi i kości,
któ­rą jak gdy­bym musiał prze­nieść
zimą, boso, przez lodo­wa­ty stru­mień.
Ale po co, gdzie i komu
miał­bym tę chu­dą wiąz­kę zanieść?
Tego nie wiem.

Pro­szę mi wie­rzyć.
Wie­dza o Naj­niż­szej Pani
jest tak
trud­na do unie­sie­nia,
tak bole­sna.

Pro­szę wyba­czyć, ale
piszę,
by prze­ka­zać tyl­ko to.
To jed­no.