KOŁO

Jak to się wszyst­ko skoń­czy?

Żało­snym skom­le­niem, to jasne.
Ale co, i czy w ogó­le coś,
będzie póź­niej,
gdy skom­le­nie już umilk­nie?

*

Wszyst­ko skoń­czy się tak,
jak daw­niej.

Śmier­cią i zmar­twych­wsta­niem.

Histo­ria nie osią­gnie
kre­su.

Zato­czy koło.
Upad­nie.
Osu­nie się po zbo­czu.
I znów roz­pocz­nie wspi­nacz­kę.

Zacznie wstę­po­wać
na kolej­ną górę.

*

Ostrza rhi­zo­ma­tycz­nej
machi­ny wojen­nej
posie­ka­ją w koń­cu na pla­ster­ki
wszel­kie usta­bi­li­zo­wa­ne struk­tu­ry,
auto­ry­te­ty, dzie­ła, pomni­ki,
mózgi.

Nad­le­cą i ude­rzą o zie­mię
nukle­ar­ne kome­ty.

Czer­wo­ni noma­dzi prę­dzej czy póź­niej
prze­isto­czą się w czar­nych kani­ba­li.

I wte­dy na pustej, apo­ka­lip­tycz­nej sce­nie
pozo­sta­ną jedy­nie dwie małe posta­cie.

Kil­ku­let­ni syn i cho­ry ojciec.

*

Syn będzie wychu­dzo­nym,
dygo­czą­cym wid­mem.

Ojciec będzie led­wo żywym,
plu­ją­cym krwią leka­rzem.

*

Ostat­nie strzę­py czło­wie­czeń­stwa.
Wcie­lo­ne sym­bo­le.

Będą szu­kać oca­le­nia, cie­pła.

Będą brnąć przez ska­żo­ną wodę,
śnieg, ska­mie­nia­łe lasy, popio­ły zagła­dy.

Będą przeć na połu­dnie.
Będą prze­mie­rzać zwę­glo­ną kra­inę.

Będą gło­do­wać, ucie­kać, wra­cać,
wlec się mozol­nie, peł­znąć, jęczeć.

Będą nieść ogień.

*

Syn będzie racją, pra­wem,
cudem, świę­tym naczy­niem,
gło­sem.

Ojciec obie­ca mu
zbaw­czą kulę.

*

Umie­rasz, tatu­siu?

Tak.

Zabierz mnie ze sobą,
nie zosta­wiaj mnie tu, pro­szę.

Nie mogę,
nie potra­fię wziąć w ramio­na
mar­twe­go dziec­ka.

Obie­ca­łeś.

Wiem, prze­pra­szam.

Nie chcę żyć bez cie­bie.

Musisz,
musisz dalej nieść ogień.

Pro­szę.

Nie może­my odejść razem,
jesteś życiem, zmar­twych­wsta­niem,
musisz dalej nieść ogień.