KOLEKCJA
Kamieni tu jest sporo,
małych i dużych,
omszałych i nagich,
szarych i wielobarwnych.
I każdy z nich tak samo dobrze
nadaje się do filozofowania.
Nikt ich nie strzeże.
Bo nikt ich nie poszukuje.
Mogę wziąć, który zechcę.
Mogę posłużyć się dowolnym
mineralnym Graalem.
Ważę je w dłoni, aby zebrać myśli,
bezwiednie albo świadomie wodzę palcami
po ich szorstkich powierzchniach.
Noszą miana piękne i dziwne.
Róża pustyni, łupek, jaspis,
kwarc, otoczak.
I jakby tego było mało,
oferują wszystko to, za czym
przez wieki uganiali się
żałośnie nieskuteczni alchemicy.
Dzięki nim mogę magnolię
transmutować w hiszpańską tancerkę,
holenderski wiąz w enta,
a siebie w Matuzalema.
To, rzecz jasna, nieprawda.
W istocie do niczego
nie są mi potrzebne.
Zrobię to, czego zapragnę,
choćbym nie dysponował żadnym
z nich, nawet
najmniejszym ziarnkiem.
Choćby nie towarzyszyło mi
złudne przekonanie,
że przestałem być profanem,
bo posiadłem hermetyczną wiedzę.