JAK

Dla­cze­go doszło do tego, tam­te­go, owe­go?
Dla­cze­go coś się sta­ło i już się nie odsta­nie?

To są pyta­nia nie tyl­ko mało obie­cu­ją­ce,
ale wprost bez­na­dziej­ne.
„Dla­cze­go”
nie roku­je więc dobrze,
a nawet
wię­cej niż źle.

Ale z „jak” jest już inna spra­wa.
Moż­na z „jak” poga­dać, pogwa­rzyć,
wręcz prze­pro­wa­dzić z „jak” wywiad.

U „jak”
jak naj­bar­dziej moż­na
zasię­gnąć języ­ka.

Zasię­ga­łem nie raz, nie dwa.

I dowie­dzia­łem się mię­dzy inny­mi,
jak doszli­śmy tu,
gdzie obec­nie jeste­śmy.

My,
my wszy­scy,
ludz­kość zna­czy.

*

Jak
łatwo się domy­ślić,
nie była to dro­ga łatwa,
pro­sta, przy­jem­na.

Była to ist­na prze­pra­wa.

Nazwał­bym ją, ale tyl­ko, rzecz jasna, gdy­by
ktoś mnie zapy­tał, lustrza­nym odbi­ciem
podró­ży Ody­se­usza,
my, ludz­kość zna­czy, jeste­śmy więc
– w tym kon­cep­cyj­nym uję­ciu –
Ody­se­uszem
po dru­giej stro­nie lustra.

*

Wszyst­ko zaczę­ło się od sło­wa.
Gdy ono się rze­kło,
jakoś już
potem
poszło.

Pier­wo­ci­ny naskal­ne, neo­li­tycz­ne,
koło następ­nie i – poto­czy­ła się histo­ria.

Od brą­zu i żela­za prze­sko­czy­ła
do poli­te­istycz­nych pan­te­onów, tu
się potknę­ła – na mono­te­istycz­nej
ska­le zgor­sze­nia, ale zaraz potem
weszła, nie wie­dzieć czym zwa­bio­na,
do wiel­kiej kom­na­ty chrze­ści­jań­stwa.

Spo­tka­ła Guten­ber­ga, Kolum­ba, Koper­ni­ka,
Lutra-here­ty­ka.

I znów się potknę­ła, zachwia­ła,
dozna­ła antro­po­cen­trycz­ne­go zawro­tu gło­wy.

Nadą­ża­cie za histo­rią?
Za nami?
Za ludz­ko­ścią
zna­czy?

Uwa­żaj­cie, bo
teraz będzie
już tyl­ko szyb­ciej, pośpiesz­niej, pory­wi­ściej,
ryzy­kow­niej.

Za akce­le­ra­cję odpo­wia­da nie­ja­ki New­ton
oraz kil­ka tak zwa­nych rewo­lu­cji –
fran­cu­ska, prze­my­sło­wa, dar­wi­now­ska,
freu­dow­ska…

Na tym eta­pie
trud­no już osza­co­wać pręd­kość
naszej wędrów­ki i towa­rzy­szą­ce
jej zagro­że­nia, a nawet usta­lić
samą celo­wość podró­ży.

Nie­bez­pie­czeń­stwa
miga­ją tyl­ko za nowo­cze­sny­mi okna­mi
wehi­ku­łu cza­su, któ­ry zmie­rza – kto wie,
czy nie nigdzie.

Ale to jesz­cze nie koniec,
bo przed nami…

Hiper­przy­spie­sze­nie, napę­dza­ne
rakie­to­wym pali­wem
rela­tyw­no­ści,
gene­ty­ki, eko­lo­gii, infor­ma­ty­ki,
kosmo­lo­gii…

I jak?

Jak
wam się podo­ba ta
via nega­ti­va?

*

Ta quasi-bal­la­da zanad­to przy­po­mi­na
szkol­ne wypra­co­wa­nie, praw­da?

Czy nie dla­te­go,
że histo­ria
jest panią nauczy­ciel­ką
ugrzecz­nio­ne­go życia?

Może.

Wybacz­cie, ale jak ina­czej niż
w lite­rac­kiej roz­praw­ce
opo­wie­dzieć dzie­je lustrza­ne­go Ody­se­usza,
któ­ry nie powra­ca, ale się odda­la, nie kon­cen­tru­je,
ale roz­pra­sza, nie odnaj­du­je,
ale raczej, wbrew pozo­rom, gubi?

Nie tęsk­ni za uko­cha­ną Pene­lo­pą,
za syn­kiem Tele­ma­chem,
za Ter­rą Ita­ką,
ale chce
jak naj­sku­tecz­niej
o prze­szło­ści,
dzie­dzic­twie,
sobie
zapo­mnieć?

Może i się da.

Ale jak?

Jeśli jeste­ście na tyle mądrzy,
na tyle uta­len­to­wa­ni, odważ­ni,
pod­po­wiedz­cie mi,
jak.