INFILTRATOR

Nagle prze­stał się poja­wiać.
Już ze dwa tygo­dnie
go nie ma.

Go nie widać.

Widać tyl­ko jego sta­rą,
kule­ją­cą żonę.

Ale ona odci­na się od nas.
Każ­de­go wie­czo­ra zapa­la
świa­tło w jego nagle opu­sto­sza­łym poko­ju,
pod­cho­dzi do okna i opusz­cza role­tę.
Nawet nie spoj­rzy.

On nie odci­nał się
od nas nigdy.

Draż­nił, roz­wście­czał
tyle razy.
Nie­ustan­nie, bez­czel­nie
się gapił.
Troll skal­ny.
Zmur­sza­ły pień.

Dokąd się udał?
Kto go wyrwał?

Prze­stał infil­tro­wać.
Już nie sie­dzi pół­na­gi na kana­pie,
nie świe­ci wiel­kim brzu­chem
nie dłu­bie w nosie, nie zie­wa.

Nie wty­ka już nosa.

Jak on usi­dlał!

Kradł
wize­ru­nek,
opy­chał się
cudzym
obra­zem.

Nigdy nie wsta­wał z kana­py,
wciąż tyl­ko sie­dział
i patrzył.

I zawsze jakoś wkra­czał
mię­dzy nas.

A teraz
go nie widać.

Go nie ma.

Pra­wie czu­je­my ulgę.

To zna­czy.
Czu­li­by­śmy ulgę, gdy­by­śmy tyl­ko
nie czu­li się tak
odcię­ci.