E

Jak­że pięk­ne jest „E” Rim­bau­da!
Ośnie­żo­ne.
Całe bia­łe.

Syne­ste­tycz­nie dosko­na­łe.
Arcy­dziel­ne.

Cze­góż mógł­bym z takim „E” doko­nać,
gdy­by uda­ło mi się takie „E” napi­sać?

Z takim „E” prze­pro­wa­dził­bym
natych­mia­sto­we prze­ję­cie.

Z kró­lew­skim „E” szyb­ko
i z łatwo­ścią
zawład­nął­bym Par­na­sem.

Nie­ste­ty, nie będzie mi to dane.

Bo moje „E” nie jest bia­łe.

Moje „E” jest byle­ja­kie,
pro­stac­ko pospo­li­te, brud­ne,
ośli­nio­ne, nie­chluj­ne.
Chy­ba sza­re.

„E, ty”.
„E tam”.

Oto moje „E”.

Moje E jest led­wie ape­lem o ele­gan­cję,
niczym wię­cej.

W żaden spo­sób, niko­mu nie pozwo­li
sko­ja­rzyć się z wład­czym gro­no­sta­jem.

*

E, przej­mij­cie więk­szą kon­tro­lę
nad kon­sty­tu­tyw­nym ele­men­tem,
rdze­niem wer­bal­ne­go reak­to­ra,
splu­ga­wio­ną monar­chi­nią,
dyna­stycz­ną inte­riek­cją.

Tyl­ko bez szem­ra­nia.
Bez żad­ne­go
„E tam”,
dobrze?