DZIENNIK POKŁADOWY

I.

Uda­li­śmy się
w odle­głe rejo­ny.

Przy­by­li­śmy, cho­ciaż
nigdzie się nie wybie­ra­li­śmy.

Wylą­do­wa­li­śmy, ale nikt z nas
nie pamię­ta,
byśmy kie­dy­kol­wiek wystar­to­wa­li.

Na począt­ku czu­li­śmy się,
jak poskra­mia­cze wszech­świa­ta,
jak praw­dzi­wi astro­nau­ci.

II.

Rejo­ny, odle­głe rejo­ny.
Te odle­głe rejo­ny…

Czy może­my o nich powie­dzieć
cokol­wiek inne­go niż to,
że są to rejo­ny
b a r d z o odle­głe, obce
naszym naj­śmiel­szym ziem­skim sko­ja­rze­niom?

Odkry­li­śmy tu wody Kala­da­nu,
śpie­wa­ją­ce pia­ski Diu­ny,
miło­śnie zjed­no­czo­ne syme­tria­dy i asy­me­tria­dy,
widzie­li­śmy w odda­li
pło­ną­ce mię­dzy­gwiezd­ne stat­ki sztur­mo­we
i pro­mie­nie C, lśnią­ce w ciem­no­ści,
w pobli­żu Bra­my Tan­n­häu­se­ra.

Ujrze­li­śmy ano­ma­lie,
o któ­rych atla­sy naj­pięk­niej­szych chmur
mil­czą jak zaklę­te próż­nie.

Gorącz­ko­wa­li­śmy w stop­niach Fah­ren­he­ita,
roz­ma­wia­li­śmy z obcy­mi, ducha­mi Alger­no­na i Leibo­wit­za.

Dłu­go zbie­ra­li­śmy prób­ki
i doświad­cze­nia.

Nasza wypra­wa, nasz pobyt tu –
to nie był byle pik­nik
na skra­ju dro­gi.

III.

To, co zebra­li­śmy,
zmie­ści­ło­by się pew­nie
w zaci­śnię­tej pią­st­ce nowo­rod­ka,
ale gdy­by ją otwo­rzyć,
nie­skoń­cze­nie by nas prze­ro­sło.

Cho­dzi­li­śmy tu i tam,
widzie­li­śmy to i owo,
cho­ciaż nie wie­my ani gdzie, ani co.
Chy­ba zna­leź­li­śmy Coś,
cho­ciaż nikt z nas nie wie, co to jest
– i czy w ogó­le jest –
tak napraw­dę.

Ale załóż­my, że Coś zna­leź­li­śmy.
I że to Coś mamy.

Na razie raczej nie pyta­my,
co mogli­by­śmy z tym Czymś zro­bić,
jak i do cze­go war­to by to Coś wyko­rzy­stać.

Na razie chcie­li­by­śmy po pro­stu wie­dzieć,
jak wró­cić.

IV.

Lecz ist­nie­ją uza­sad­nio­ne oba­wy,
że już się stąd nie wyrwie­my,
że jeste­śmy ska­za­ni, bez­pow­rot­nie osa­dze­ni,
raczej więź­nio­wie za kra­ta­mi lat świetl­nych
niż głę­bi­no­wi nur­ko­wie kosmo­su,
prze­cie­ra­ją­cy szla­ki dziel­ni astro­nau­ci.

Dla ści­sło­ści zaznacz­my,
że są wśród nas jesz­cze tacy,
któ­rzy – wbrew usta­lo­nym fak­tom
i galak­tycz­nym ome­nom –
nadal grze­bią w zie­mi, w sobie,
walą zaku­ty­mi łba­mi w żela­zne mete­ory­ty,
szu­ka­jąc na oślep
powrot­nej ścież­ki.

Ale i oni, jak dotąd,
natknę­li się jedy­nie, no cóż,
na głu­cho zatrza­śnię­te gro­dzie.

V.

Więc to już chy­ba pew­ne.

I może to wła­śnie
jest nasze naj­więk­sze, powiedz­my, odkry­cie.

Na krót­ką wiecz­ność
zna­leź­li­śmy się
w Zachwy­ca­ją­cej Pułap­ce
dla inte­li­gent­nych szczu­rów,
w prze­zna­czo­nej stal­ke­rom Kom­na­cie Okrut­nych Cudów,
bez wyj­ścia.

I wej­ścia.

Tak,
nie ist­nie­je żad­na dro­ga powrot­na.

Bo nie ist­nie­je żad­na
tra­sa dojazdowa.