DRZEWO

Miło­rząb nie rośnie.
On się wynu­rza z węglo­wej głę­bi.

Kry­sta­li­zu­je czas, mate­ria­li­zu­je kopal­ne
wspo­mnie­nia o epo­ce świet­no­ści
skrzy­pów i widła­ków,
kon­te­stu­je ewo­lu­cję,
owo­cu­je naj­dziw­niej­szy­mi sko­ja­rze­nia­mi.

On nie wyglą­da.
On ema­nu­je.
On nie szu­mi.
On ewo­ku­je.

On nie ist­nie­je.
On uobec­nia ideę.

Czym jest róża
wobec jego kamien­ne­go geno­mu?
Led­wie roz­ka­pry­szo­ną nasto­lat­ką.
Czym jest mni­szek
wobec jego wiecz­no­tr­wa­łe­go kodu?
Jedy­nie roz­bry­ka­nym mło­dzie­niasz­kiem.

Dwu­kla­po­wy, binar­ny,
roz­sz­cze­pio­ny w odle­głej prze­szło­ści
pew­nie po to,
by dopeł­niał sam sie­bie
i zawsty­dzał osob­ni­ki, któ­re nie są w sta­nie
dostrzec bie­gu­no­wej róż­ni­cy.

Jest splo­tem Yin i Yang,
kocha­ją­cych się bota­nicz­nie
w nago­za­ląż­ko­wym tań­cu
prze­ci­wieństw.

Ma moc ini­cjo­wa­nia tra­dy­cji,
pło­dze­nia sym­bo­li,
pro­wo­ko­wa­nia.

Nigdy ot tak nie wpa­da w oko.
On łaska­wie pozwa­la się doj­rzeć.

Nie moż­na do nie­go po pro­stu podejść.
Zbli­że­nie nastę­pu­je, bo on wyra­ża na to zgodę.