DŁONIE

Ten robi to tak, jak­by chciał
mnie mieć.
A ten, jak­by już od daw­na
pla­no­wał mnie zamor­do­wać.

Ten nie­po­trzeb­nie prze­dłu­ża.
Ten zawsze jak­by na coś cze­kał,
nim łaska­wie poda.

Witaj, dobrze cię dotknąć,
wiem, że potra­fił­byś zapła­kać,
cho­ciaż od daw­na pra­wie nic
cię już nie rusza.

Siądź obok, wokół ogni­ska
jest dużo miej­sca.

No dobrze, sprawdź­my, kto
to prze­trwa.

To jasne, że dajesz. Coś.
Ale co? Po co?

Two­ja skó­ra jest taka szorst­ka,
mam wra­że­nie, że mogła­by kale­czyć
dzie­ci.

To boli.
A to nic nie zna­czy.

Jesteś jak sta­rzec, któ­ry chciał­by
coś jesz­cze powie­dzieć, ale nie ma
już siły.

Mie­rzy­my się; zazwy­czaj.

To rodzaj przej­ścia.
Komu­nia zro­go­wa­cia­łych naskór­ków.
Pas­cha sam­ców, smo­ków.
Efe­me­rycz­ny węzeł.

Kod łow­ców tro­pią­cych mamu­ty,
jedzą­cych suro­we wątro­by.

Cza­sem komu­ni­kat.
Ty nie możesz zapo­lo­wać ze mną
na sza­blo­zęb­ne­go tygry­sa.

Zostań tam, gdzie się gro­ma­dzą te,
któ­rym dło­ni nie poda­je­my
nigdy.

Cze­kaj w obo­zie.
Walcz ina­czej.