CUL-DE-SAC

To powra­ca.

Wciąż tra­fiam
do nar­ra­cyj­ne­go zauł­ka.

Co w nim takie­go nie­zwy­kłe­go?

Jestem czło­wie­kiem
dobrze odży­wio­nym.
Spraw­nym.
Wykształ­co­nym.
Poja­dłem rozu­my.
Ufam intu­icji.
Lubię sie­bie, ludzi, życie.
Mam wystar­cza­ją­ce środ­ki.

A raz po raz
skrę­cam w tę śle­pą ulicz­kę.
Któ­ra doni­kąd nie pro­wa­dzi.
Z któ­rej nie ma wyj­ścia.

Kil­ka­na­ście zdań w mar­nej gre­ce.
Kil­ka pro­stych,
led­wie ocio­sa­nych obra­zów.

Naj­krót­szy wer­set Pisma,
zni­ko­my jak łza
wsią­ka­ją­ca w piach.

Dwa wład­cze wykrzyk­nie­nia.

Ciche roz­grze­sze­nie.
Roz­wiąż­cie go i pozwól­cie mu cho­dzić.

Nic wię­cej.

Jaką to ma wagę?
Jakie to może mieć
zna­cze­nie?

Nie wie­rzę.
Nie uwie­rzę.

Inni może tak.

Ale nie ja.
Ja nie.

Nigdy.
Nie w to.

Jak mógł­bym uwie­rzyć
w coś takie­go?

W coś tak wydu­ma­ne­go.
Tak wyeks­plo­ato­wa­ne­go.
Mar­twe­go.



Gdy­bym kie­dyś
jed­nak uwie­rzył,
nie uwie­rzę, że uwie­rzy­łem,
wyprę się swo­ich myśli,
zaprę się same­go sie­bie.



Gdy­bym uwie­rzył,
nie wierz­cie, przy­ja­cie­le moi.

Że
uwie­rzy­łem.