CO ROBIĘ
Hoduję rdzę.
Rośnie za oknem
i z każdym dniem pięknieje.
Z wolna staje się wyrazistym wykwitem,
namacalnym, porowatym skrzepem,
rudym nalotem na siatkówce,
pożywką dla chciwych oczu,
karmą dla nienasyconych neuronów.
Nic nie robię.
Doglądam entropii.
Wspieram, jak mogę
ekspansję.
Pielęgnuję; w pewnym sensie.
Czekam cierpliwie, mając nadzieję, że wkrótce
destrukcja przybierze bardziej ornamentacyjną formę,
może nawet przeistoczy się
w krwawy kwiat.
Czuję, że rządzę sobą, czasem,
blaszanym parapetem.
Sprawuję niepodzielną władzę
nad korodującym poletkiem.
I nie uważam, bym robił to źle.