BWV 988

Tobie nikt nie jest potrzeb­ny,
ani ja, ani dzie­ci, ani kole­dzy,
nigdy nicze­go wspól­nie nie robimy. 

Sły­sza­łem to już tyle razy, ona
zaczy­na zawsze sara­ban­dą,
rzew­ną arią, jak­by nuci­ła w zadu­mie,
kła­dzie har­mo­nicz­ne fun­da­men­ty
dla histe­rycz­nych waria­cji,
pół godzi­ny z gło­wy; albo trzy. 

Odcią­łeś się od wszyst­kie­go,
a czło­wiek nie jest,
nie może być, samot­ną wyspą. 

Nie tra­wię Cho­pi­na i Rach­ma­ni­no­wa,
kocham głę­bię mate­ma­ty­ki Bacha, ana­li­tycz­ne
sza­leń­stwo Gou­l­da, już od daw­na
wła­ści­wie nie prze­sta­ję o nich myśleć,
to dziw­ne, ale wyda­je mi się,
że myślę o jed­nej i tej samej osobie. 

Żebyś cho­ciaż mi poma­gał,
ale ty nicze­go nie przy­rzą­dzisz,
nie przy­nie­siesz, nie uporządkujesz. 

Jan Seba­stian, zwie­rzę Apol­li­na i Jezu­sa,
z płót­na Haus­sman­na spo­glą­da na mnie
wolim wzro­kiem robol w kie­ra­cie,
prze­pra­co­wa­ny kan­tor, maj­ster
od pisz­cza­łek, sztyw­ny nauczy­ciel,
kula­wiec, roz­pło­do­wy ojciec. 

Jesteś zain­te­re­so­wa­ny sobą
i tyl­ko sobą, swo­ją wła­sną oso­bą,
tymi two­imi bez­sen­sow­ny­mi mrzonkami. 

Ale nie bez przy­czy­ny stał się muzą
Schwe­it­ze­ra, Gold­berg jest nie­zrów­na­ny,
nawet teraz sły­szę koją­ce kano­ny, fugi,
codzien­nie stu­diu­ję liry­kę tej aryt­me­ty­ki,
na powierzch­ni uno­szą mnie jedy­nie
te filo­zo­ficz­ne waria­cje o bycie. 

Nawet się ze mną nie kłó­cisz,
zamor­du­jesz mnie tym mil­cze­niem,
sły­szysz, sły­szysz, co mówię? 

Gould z pięć­dzie­sią­te­go pią­te­go
jest ostry, Lec­te­row­ski, nie­ludz­ki,
Gould kani­bal poże­ra cia­ło Bacha,
ludz­ki jest dopie­ro ten przed­śmiert­ny,
ten jest czu­ły, wyro­zu­mia­ły, w osiem­dzie­sią­tym
pierw­szym Glenn spo­ty­ka Jana. 

Wola­ła­bym już chy­ba,
żebyś pił, kur­wił się jak tam­ci,
żebyś mnie ude­rzył, bił. 

Finał to Glenn sam w sobie, sprzę­gnię­ty
auty­stycz­nie z ojcow­skim krze­seł­kiem, zjed­no­czo­ny
ze Ste­in­way­em, leko­man woka­li­zu­ją­cy
nad mat­ką kla­wia­tu­rą, hipo­chon­dryk ćwi­czą­cy
tai chi, stward­nia­ły geniusz piesz­czą­cy
kości, korzą­cy się w pro­chu nut, w ciszy.

Naj­gor­sza jest two­ja obo­jęt­ność,
ta zim­na, kamien­na maska,
dłu­żej tego nie znio­sę, zaraz wychodzę. 

U Berg­ma­na mil­czą­ce sio­stry skła­nia
ku sobie, godzi na chwi­lę Muzy­ka,
jaka to pięk­na sce­na, czę­sto powra­ca do
mnie teraz, gdy odda­lam się jak Pierw­szy Voy­ager
od Zie­mi, odla­tu­ję w nie­zna­ne,
nio­sąc niko­mu, nie­zro­zu­mia­łe Przesłanie. 

Nie patrzysz już nawet na mnie,
czy ty w ogó­le jesz­cze ist­nie­jesz,
dla kogo, po co tu jesz­cze żyjesz?