BRZEG

Fro­do Bag­gins. Ulep­szo­na wer­sja Don Kicho­ta.
Sam Gam­gee. Udo­sko­na­lo­ny San­cho Pan­sa.

Hob­bi­ci wędru­ją rów­nie dłu­go jak tam­ci
ludz­cy stra­ceń­cy, ludz­cy nie­szczę­śni­cy.

I są, jak tam­ci, nie­szczę­śni­ka­mi,
stra­ceń­ca­mi. Są epic­cy, baśnio­wi,
lecz nie mniej niż tam­ci ludz­cy.

Znaj­du­ją się nie­ustan­nie na stra­co­nej
pozy­cji. Wszyst­ko wska­zu­je na to,
że, jak tam­ci, ponio­są klę­skę.
I że będzie to klę­ska nie kon­kret­nych
osób, jakichś dziw­nych istot, ale klę­ska
czło­wie­ka.

Czy jest mię­dzy tam­ty­mi a tymi
jakaś zasad­ni­cza róż­ni­ca? Jest.
Tam­ci wędru­ją, aby coś w koń­cu zdo­być,
udo­wod­nić, aby się wsła­wić, zapi­sać w pamię­ci.
Ci wędru­ją, aby się cze­goś wresz­cie pozbyć,
kogoś, gdzieś, po coś ura­to­wać, zba­wić świat.

Powier­nik Pier­ście­nia wal­czy.
Ale nie ze złu­dze­nia­mi, on toczy
bój z Nazgu­la­mi, nie­ma­te­rial­ny­mi,
lecz prze­ra­ża­ją­co real­ny­mi demo­na­mi,
z uzbro­jo­ny­mi w strach kró­la­mi.

Wier­ny słu­ga poma­ga.
Ale nie dla mate­rial­ne­go zysku, wie
prze­cież, że raczej zgi­nie niż się wzbo­ga­ci,
udzie­la wspar­cia, bo napraw­dę kocha,
jest jak pies, przy­wią­za­ny do swo­je­go pana.

Fro­do wal­czy z Powier­ni­kiem, musi
poko­nać same­go sie­bie, nie może zaufać
nawet wła­snej dło­ni, to cud, że doczoł­gał się
do pro­gu Szcze­lin Zagła­dy.

Sam wal­czy z Gol­lu­mem, z orka­mi,
z olbrzy­mim pają­kiem, odkry­wa w sobie
boha­te­ra, myśli­cie­la, poetę, wie­lu ludzi, któ­rych
nie znał, dźwi­ga uko­cha­ne­go pana na ple­cach.

Ich misja odno­si suk­ces.
Nie dzię­ki sile i bro­ni,
ale dzię­ki lito­ści,
dzię­ki potę­dze sła­bych.

Wszyst­ko koń­czy się gorz­ko.
Boha­te­ro­wie trium­fu­ją. Ale pła­czą.

Sam sta­je się mężem, bur­mi­strzem.
Sta­je się kimś, ale kimś z roz­dar­tym ser­cem.

Fro­do w koń­cu może ode­tchnąć.
Ale nigdy już nie zazna spokoju.

*

Prze­pły­nę­li­śmy przez wzbu­rzo­ne
morze, szczę­śli­wie dobi­li­śmy do brze­gu.
Ale scho­dzi­my z pokła­du śmier­tel­nie
zmę­cze­ni, doświad­cze­ni, pora­nie­ni,
smut­ni.

Wró­ci­li­śmy do bli­skich, do domu.
Ale nie do sie­bie.

Nasz świat jest w koń­cu bez­piecz­ny.
Ale inny niż przed­tem.

Bole­śnie odmieniony.