BABCIA

Bada­ła sta­re przed­mio­ty. Sta­re sza­fy,
krzy­we sto­ły, skrzy­pią­ce krze­sła.
Dostrze­ga­ła asy­me­trię ich koń­czyn,
ich kale­ką egzy­sten­cję istot
krzyw­dzo­nych przez świa­tło i powie­trze.
Patrzy­ła, jak omdle­wa­ją,
samot­ne, w cie­niu przy­bru­dzo­nych
tapet, przy­tło­czo­ne mil­cze­niem sufi­tów
i drzwi. Patrzy­ła, jak bła­ga­ją
o ręce, któ­re kie­dyś nada­ły im kształt,
obda­rzy­ły sen­sem.

Sie­dząc w kuch­ni przy oknie, sama,
wsłu­chi­wa­ła się w ich cich­ną­ce,
pomię­dzy jed­nym odde­chem zimy
a dru­gim, szep­ty. Jej sza­re oczy,
kie­dy patrzy­ły na mnie, zda­wa­ły się
mówić, te szep­ty, mój syn­ku,
drą­żą w powie­trzu puste stud­nie.

Bada­ła sta­re przed­mio­ty. Wcho­dzi­ła
w krąg ich spoj­rzeń – pociem­nia­łych,
przy­mglo­nych jak tafle zaku­rzo­nych
luster, któ­re kry­ją pod powierzch­nią
dobrze zna­ną twarz.