ASPEKTY

Żyje­my razem,
osob­no, obok sie­bie,
każ­de z nas funk­cjo­nu­je
auto­no­micz­nie.

Ona tam, ja tu.

Nie może­my mieć prze­cież
wspól­nej pra­cow­ni.
Tych samych nawy­ków.
Snów.

Widu­je­my się, bo się odwie­dza­my.
Z Mar­sa na Wenus leci się jakieś
pięć, sześć
sekund.

Kil­ka spoj­rzeń,
krót­ka wymia­na bana­łów.
I wystar­czy.

Spo­tka­nie efe­me­rycz­nych kul­tur.
Fuzja mar­twie­ją­cych języ­ków.
Kon­takt zapo­mnia­nych cywi­li­za­cji.

Trud­no ska­li­bro­wać sowę z kurą.
Zsyn­chro­ni­zo­wać odmien­ne chro­no­ty­py.

Ona w cza­sie snu jest
nie­zwy­kle czuj­na,
źle zno­si chra­pa­nie,
mnie, gdy już odpły­nę, nie obu­dził­by
eks­plo­du­ją­cy obok gra­nat.

Lubię, nie­za­leż­nie od pory roku,
spać przy otwar­tym oknie,
zawsze jedy­nie pod cien­kim kocem.
Ona wręcz przeciwnie.

W jed­nym dom­ku sta­li,
we wła­snych poko­jach miesz­ka­li,
pan egip­to­log i pani bio­log.
Powo­lut­ku doga­sa­li, sty­gli.
Wol­no, wol­niut­ko, wol­niu­teń­ko,
chi­cho, cichut­ko, cichuteńko.

Gdy odwie­dza mnie rano, zimą,
każe natych­miast
zamy­kać okno.

Dokąd wędro­wa­ły aspek­ty two­jej
mrocz­nej duszy tej nocy,
sta­ry fara­onie, przed­wcze­śnie
spo­czy­wa­ją­cy w pira­mi­dzie?

Duszy? Jakiej duszy,
wyle­nia­ła sami­co,
któ­raś się led­wo wyczoł­ga­ła
spod pie­rzy­ny?

Ukła­da­my wier­szy­ki.
Dro­czy­my się.

Naresz­cie czu­je­my się zupeł­nie wol­ni.
Nicze­go już nie musi­my.

Razem, osob­no,
przy­go­to­wu­je­my się do ostat­niej
wspól­nej eska­pa­dy.

W róż­ne zaświa­ty.
Tam, gdzie tra­fia­ją wszyscy.