AIRBUS

Leci do was fia­tal magy­ar, Leven­te,
syn Eme­se i Árpáda.

Dziec­ko o trój­ko­lo­ro­wych wło­sach
i zło­tych zwo­jach,
któ­re w Sili­con Val­ley urzą­dzi wam
Lata­ją­cy Cyrk Mon­ty Pytho­na.

Prze­miesz­cza się w waszą stro­nę
na wyso­ko­ści prze­lo­to­wej jede­na­stu tysię­cy metrów,
ze stan­dar­do­wą pręd­ko­ścią dzie­wię­ciu­set kilo­me­trów
na godzi­nę, i już nie może się docze­kać,
żeby się do was dobrać.

Nie prze­szko­dzą mu sil­ne tur­bu­len­cje,
któ­re wstrzą­sa­ją trans­atlan­tyc­kim air­bu­sem.

Za chwi­lę zosta­wi za sobą Kana­dę.

Bia­ły, hete­ro­sek­su­al­ny, czę­ścio­wo
nie­ja­dal­ny, pozba­wio­ny kol­czy­ków, tatu­aży.

Ten wymu­szo­ny lot nie jest lotem
mitycz­ne­go Turu­la,
ale z całą pew­no­ścią coś zwia­stu­je.

Cho­ciaż wy jesz­cze o tym nie wie­cie.

Trans­fe­ru­je­cie dżu­mę.

Dam się łatwo prze­chrzcić,
pozwo­lę wam nazy­wać mnie
Bil­lem albo Jimem.

A gdy już was ocza­ru­ję, zahip­no­ty­zu­ję,
uza­leż­nię od mojej cyber­ne­tycz­nej ręki
wasze kurze móżdż­ki,
poszczu­ję na was moje­go Pytho­na,
zło­te­go dusi­cie­la, wiją­ce­go się gada.

I wte­dy poj­mie­cie, kim jestem,
przy­po­mni­cie sobie, skąd przy­by­łem,
zro­zu­mie­cie, co od same­go począt­ku
było celem samot­ne­go poskramiacza.