OJCIEC

Noc.

Czter­dzie­sty czwar­ty.
Zdy­cha­ją­ca bestia
wpa­da w mor­der­czy szał.

Elie Wie­sel przy­by­wa
z całą rodzi­ną do Auschwitz.

Ile masz lat, dzie­cia­ku?
Pięt­na­ście.
Nie; osiem­na­ście.
A ty?
Pięć­dzie­siąt.
Nie; czter­dzie­ści.
Ale…
Sły­szy­cie, idio­ci? Osiem­na­ście i czter­dzie­ści.

Ogień.
Dym.

Grób wyko­pa­ny w powie­trzu.
Ogrom­ny jak nie­bo.
W nim się nie leży cia­sno.

Monokl.
Batu­ta.
Men­ge­le dyry­gu­je
roz­ła­dun­kiem.

Selek­cja.

Męż­czyź­ni na lewo! Kobie­ty na pra­wo!

Noc.

Doły spa­le­ni­sko­we.
Więk­szy i mniej­szy.
Pło­mie­nie bucha­ją­ce z dziur w zie­mi.
Pod mniej­szą pod­jeż­dża cię­ża­rów­ka.
Zrzu­ca ładu­nek. Nie­mow­lę­ta. Żywe.
Do tej więk­szej wpy­cha się doro­słych.

Elie tra­ci wszyst­ko.
Umie­ra mat­ka. Pięk­no­wło­sa Cypo­ra.
Wia­ra w Boga. Sam Bóg. Bóg Ojciec.
Świat kona w komo­rze, na szu­bie­ni­cy.
W drgaw­kach.
Dogo­ry­wa z wywie­szo­nym języ­kiem.

Elie nie wie, któ­ry kie­ru­nek
jest dobry. A któ­ry zły.

Dry­fu­je w ludz­kim dymie,
w tok­sycz­nym plank­to­nie kości i tka­nek,
w tru­piej, duszą­cej zawie­si­nie.

Jego dłoń zaci­ska się na ręce ojca.
Nie stra­cić go.
Ucze­pio­ny tej myśli, zanu­rzo­ny w lawie
zwłok, nie­sio­ny nie wia­do­mo dokąd,
pew­nie do kre­ma­to­rium,
czu­je nagle radość.

Ojciec pła­cze.
Jego czo­ło pokry­wa zim­ny pot.
Oczy gasną.

Noc.

Ale on jest. Bli­sko.
Ojciec jest bli­sko.
Ten ziem­ski.
Rodzo­ny.
Mój.

Tato.