MATKA

Wyszła z gabi­ne­tu.
Laryn­go­lo­gicz­ne­go albo sto­ma­to­lo­gicz­ne­go.

Trud­no powie­dzieć.
To było daw­no. Daw­no.
Nie ist­nie­je już nawet tam­ta przy­chod­nia.

Wyszła, trzy­ma­jąc za rękę chłop­ca.
Mło­da, zatro­ska­na i pięk­na jak Miriam,
któ­ra zgu­bi­ła Syna.

Poszła z nim na koniec kory­ta­rza.

Chło­piec miał dzie­sięć, jede­na­ście lat,
oku­la­ry, sło­necz­ny uśmiech
i widocz­ny jak na dło­ni defekt gene­tycz­ny.
Tri­som­nia dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go
chro­mo­so­mu.

Klęk­nę­ła…
Nie. Padła przed nim na kola­na.
Jak przed Sanc­tis­si­mo Sacra­men­to.
Uni­ży­ła się, aby go ubrać.
Aby mu usłu­żyć.

Kurt­ka, czap­ka, ręka­wicz­ki, sza­lik.

Kolo­ry?
Trud­no powie­dzieć.
Z cza­sem wybla­kły.

Popra­wia­ła dwa, trzy razy.
Jak­by cele­bro­wa­ła. Jak­by nie zwa­ża­jąc na nic
ado­ro­wa­ła.

Wsta­ła, narzu­ci­ła na sie­bie jakiś
płasz­czyk, nawet nie zapię­ła,
wzię­ła chłop­ca za rękę.

Wyszli. Powo­li.

Na dwo­rze było bar­dzo zim­no.
Było sza­ro.
Była zawie­ja.
To na pew­no.

Oto Mat­ka.

Któ­ra trwa we mnie,
klę­czy,
patrzy mi pro­sto w oczy.

Któ­ra bez zastrze­żeń akcep­tu­je to,
co ubo­gie, naj­bar­dziej ułom­ne,
abso­lut­nie nie­do­sko­na­łe.

Wiem, że znaj­dzie mnie, znaj­dzie wszę­dzie,
choć­bym nawet opu­ścił Świą­ty­nię.

Ta Mat­ka zosta­nie ze mną
do same­go końca.