NARADA

Obszer­ne tipi. Pół­mrok zmie­sza­ny
z gęstym dymem. Akíči­ta pochy­le­ni nad
ogniem. Nikły blask, wyostrzo­ne rysy.
Cisza. Głę­bo­ka, pre­rio­wa. Nie­cier­pli­wy wiatr
zaglą­da ukrad­kiem przez otwór dym­ny,
poświ­stu­je nie­pew­nie, lecz nie waży się
szar­pać rze­mie­ni, zasło­ny ze skó­ry bizo­na.

Nama­cal­ny nie­po­kój. Kro­ple potu,
spły­wa­ją­ce po czo­łach, policz­kach, kar­kach
usi­łu­ją roz­my­wać barw­ne, wojen­ne malun­ki.
Darem­nie. Bez­ruch abso­lut­ny. Abso­lut­ny.

Wódz powo­li prze­su­wa palec wska­zu­ją­cy
po czer­wo­nej głów­ce faj­ki. Wiatr milk­nie.
Ust­nik faj­ki jest dłu­gi, cedro­wy, mister­nie
rzeź­bio­ny. Zdo­bio­ny pió­ra­mi bie­li­ka.

Wódz prze­kła­da faj­kę z pra­wej do lewej
dło­ni. Spoj­rze­nia. Ukrad­ko­we gesty. Odde­chy.
Pola­no wędru­je do ognia. Iskry. Świa­tło
nabie­ra siły. Wódz pal­cem wska­zu­ją­cym kre­śli
w pyle mapę. Rze­ka. Obóz bia­łych. Miej­sca
strze­żo­ne naj­sła­biej. Punk­ty. Tu. Tu i tu. Tam.

Mło­dy, nie­cier­pli­wy zry­wa się nagle na rów­ne
nogi, nie chce już dłu­żej cze­kać, nie, on nie
pozwo­li. Któ­ryś ze star­szych wsta­je, kła­dzie
łagod­nie dłoń na ramie­niu zapa­leń­ca. Znów
cisza. Bez­ruch. Wiatr ucie­ka ze stra­chu. Nie ma
miej­sca na gniew. Liczy się pre­cy­zja dzia­ła­nia.

Plan nabie­ra kształ­tu. Potęż­nie­je w ich myślach.
Zre­ali­zu­ją go w peł­ni. Zro­bią, co nale­ży. Odbi­ją
wiŋy­áŋ, wiŋy­áŋ ičháǧa kiŋ, w któ­rej cie­płym
łonie doj­rze­wa čháŋkú líla wičháša, syn zapa­leń­ca,
czło­wiek, nie przed­miot, nie rzecz, czło­wiek.

Wódz odkła­da faj­kę. Uno­si się powo­li. Wičháša
idą jego śla­dem. Nara­da skoń­czo­na. Wycho­dzą
w ciszy, uzbro­je­ni w toma­haw­ki. Nasy­ce­ni dymem,
wypeł­nie­ni spo­ko­jem, pojed­na­ni, goto­wi.

Dosia­da­ją koni. Powra­ca wiatr. Jest zupeł­nie inny,
sil­niej­szy, odmie­nio­ny. Pod­jął decy­zję. Wes­prze
akíči­ta. Odjeż­dża­ją. Pochła­nia ich kli­sza nocy. Preria.