DROGA

Dro­ga jed­no­kie­run­ko­wa. Wędrow­cy.
Dwaj. A wła­ści­wie czte­rej, bo obaj dwo­iści,
roz­dwo­je­ni, dwu­bie­gu­no­wi. Wbrew logi­ce,
zdro­we­mu roz­sąd­ko­wi, zaka­zom, zna­kom
prą pod prąd, pod górę, ku jakimś źró­dłom,
celom.

Pan Alon­so.
Spar­szy­wia­ły Rosy­nant,
pogię­ty szy­szak z kar­to­no­wą przy­łbi­cą,
zardze­wia­ła zbro­ja, poży­czo­na tar­cza,
wydrą­żo­na kopia.
Pięk­ne, błę­kit­ne oczy.
Słusz­ny gniew, szla­chet­ny zapał,
wiel­ko­pań­ska pew­ność.
Ide­alizm.
Awan­gar­da sza­leń­stwa.

Pan San­cho.
Upar­ty Rucio,
łysa czasz­ka, poła­ta­na koszu­la, mon­stru­al­ny
kał­dun, wypeł­nio­ne winem bukła­ki,
bie­sa­gi z żar­ciem, szta­che­ta zamiast mie­cza.
Potar­ga­na, ośli­nio­na bro­da.
Oczy­wi­ste wąt­pli­wo­ści, racjo­nal­ne potrze­by,
wsio­we rzą­dze.
Prag­ma­tyzm.
Arier­gar­da pro­stac­twa.

Ci dwaj, a wła­ści­wie czte­rej,
gen­tel­ma­ni mają swo­je wia­tra­ki, zam­ki Dul­cy­nei,
kupiec­kie kara­wa­ny, karcz­my, wodo­po­je.
Ich wędrów­ka obfi­tu­je w wie­lo­barw­ne przy­go­dy.

Dziw­ny obraz.

Jak­by wyszedł spod nie­jed­ne­go pędz­la.
Jak­by tru­dził się nad nim niko­mu nie­zna­ny
mnich w śre­dnio­wiecz­nym skryp­to­rium,
mistrz Leonar­do, bun­tow­nik Cara­vag­gio,
schi­zo­fre­nik Goya, roz­ma­rzo­ny Frie­drich,
aka­de­mik Gérôme, osza­la­ły Vin­cent.

Jak­by wszyst­kie epo­ki splo­tły się
w tym nie­jed­no­znacz­nym wize­run­ku.
Pomie­sza­nie z poplą­ta­niem.

Ale nie to jest naj­cie­kaw­sze.
Naj­cie­kaw­sze jest poten­cjal­ne zakoń­cze­nie.

Wyda­je się, że pan Alon­so odzy­ska rozum,
ale będzie już za póź­no.

A pan San­cho sta­nie się chy­ba innym
czło­wie­kiem i zacznie tęsk­nić za tym,
kogo uwa­żał za waria­ta, kogo nigdy
nie miał, nie chciał mieć za swo­je­go
naj­lep­sze­go przyjaciela.