49

To było w roku osiem­dzie­sią­tym siód­mym.
Albo dzie­wią­tym, nie…, to zresz­tą zupeł­nie
nie­waż­ne.

Wie­czo­rem poszłam na strych,
żeby zro­bić tam
wresz­cie porzą­dek.

W sta­rym kufrze zna­la­złam pamięt­nik
z tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­ste­go dzie­wią­te­go…
roku.

Były w nim jego zapi­ski. Zdję­cia.
Dłu­ga lista imion i nazwisk żydow­skich dzie­ci,
któ­re uda­ło mu się ura­to­wać.
Cią­gnę­ła się… bez koń­ca.

Zeszłam na dół, on wła­śnie oglą­dał
wte­dy jakiś serial,
słu­chaj, co to jest, spy­ta­łam.

Spoj­rzał na mnie, a, to, odpo­wie­dział,
wzru­szył ramio­na­mi, uśmiech­nął się
jakoś dziw­nie,
odwró­cił gło­wę i oglą­dał
dalej.

Poszłam do swo­jej sypial­ni,
prze­czy­ta­łam do koń­ca, prze­czy­ta­łam
chy­ba jesz­cze ze dwa razy i do rana
pła­ka­łam.

Niko­mu o tym nie powie­dział.
Że ura­to­wał kil­ka­set ludz­kich ist­nień.
Dzie­ci…
Że zebrał dla nich tyle pie­nię­dzy…

Mil­czał o tym przez czter­dzie­ści dzie­więć lat…

Zasnę­łam. Gdy się obu­dzi­łam, było połu­dnie.
Nie zro­bi­łam mu śnia­da­nia, pomy­śla­łam.

Nico­las… pod­śpie­wy­wał coś w poko­ju obok.

Jeśli ist­nie­je Bóg, pomy­śla­łam,
musi cza­sem prze­ma­wiać do czło­wie­ka…
Musi cza­sem tak wła­śnie…
mil­czeć.