KANE

Miał tyl­ko dwa­dzie­ścia pięć lat.
Był taki mło­dy.
Jak to moż­li­we…

Ja mam już czter­dzie­ści.
J u ż
czter­dzie­ści.

„Frasz­ki to wszyt­ko, cokol­wiek myśle­my,
Frasz­ki to wszyt­ko, cokol­wiek czy­nie­my”.
Chy­ba nie ten ton, nie­co niżej…, to
jed­nak nie takie łatwe…, dyk­cja, dyk­cja.

Wyróż­nie­nie, sty­pen­dium,
dwie głów­ne role teatral­ne,
nie­za­po­mnia­ne, pisa­li,
seria­lo­wy boha­ter, któ­re­go
wszy­scy kocha­ją, kil­ka
dub­bin­gów, popu­lar­ny
tele­tur­niej…

Jakie to ma zna­cze­nie?

To wszyst­ko jest niczym
w obli­czu jed­ne­go tyl­ko
Oby­wa­te­la.

Jak to moż­li­we, że w tak
mło­dym wie­ku, i sce­na­riusz,
i głów­na rola, i nowa­tor­skie
tech­ni­ki, i… Rose­bud…, cóż,
geniusz. Geniusz.

Jestem, kim jestem.
Może to i dobrze.
O czym myślał Char­les Foster?

„Naśmiaw­szy się nam i naszym porząd­kom,
Wemkną nas w mie­szek…”
Teraz dobrze…, tak, tak wła­śnie…
teraz znacz­nie lepiej…, teraz jest nie­źle…

Myślał jedy­nie o 
łatwo­pal­nej
frasz­ce.