KRONOS

Wycho­dzą, gdy wcho­dzę,
moje wej­ście zawsze ozna­cza ich
wyj­ście.

Ci, któ­rzy już dobrze mnie zna­ją
i ci, któ­rzy nicze­go o mnie jesz­cze
nie wie­dzą, wszy­scy reagu­ją tak samo.
Lękiem.

Opróż­niam pomiesz­cze­nia, wylud­niam
prze­strze­nie, spra­wiam, że przy­ja­zne
miej­sca sta­ją się tere­na­mi
nie­moż­li­wy­mi do zamiesz­ka­nia.

Dzia­łam jak napalm.
Wysy­sam tlen i palę.
Spo­pie­lam, wyja­ła­wiam.

Gdy tyl­ko wcho­dzę, wiem już,
co zaraz się sta­nie.

Wystar­czy, że wkro­czę.
Zaist­nie­ję wśród nich.
Pośród ludzi.

Pra­wie czu­ję, jak ich mię­śnie
tęże­ją, sły­szę wyraź­nie, jak
odde­chy przy­spie­sza­ją,
ciśnie­nie wzra­sta,
nagle ich dło­nie sta­ją się wil­got­ne,
poru­sza­ją nie­cier­pli­wie sto­pa­mi,
zagry­za­ją war­gi, przy­my­ka­ją oczy,
odwra­ca­ją gło­wy, nie­któ­rzy nawet
sta­ra­ją się być dys­kret­ni.

Jeśli ktoś chciał­by pozbyć się kogoś
skądś, wystar­czy­ło­by, by mnie popro­sił,
bym tam wszedł.
To szyb­ko zała­twi­ło­by spra­wę.

Nie jadam, nie poły­kam dzie­ci.
Nigdy żad­ne­go nawet nie nad­gry­złem.

To plot­ki.
Mitycz­ne pogło­ski.

Nie posia­dam sier­pa.
Ani żad­ne­go inne­go atry­bu­tu
tyrań­skiej wła­dzy.

Nie zde­tro­ni­zo­wa­łem ojca.
Niko­go nie zabi­łem, nie okra­dłem,
nie zgwał­ci­łem, uśmie­cham się
tak sze­ro­ko, jak tyl­ko mogę,
ze wszyst­ki­mi roz­ma­wiam jak czło­wiek.

Nikim, niczym oprócz sie­bie
nigdy w życiu nie rzą­dzi­łem.

Demen­to­wa­łem wie­lo­krot­nie.
Prze­ży­wa­łem zała­ma­nia.
Obwi­nia­łem się.
Sta­ra­łem się, tak bar­dzo się
sta­ra­łem.



Muszę jakoś z tym żyć.

To sta­łe brze­mię.
Nie­usu­wal­ne zna­mię, któ­re wszy­scy
zawsze jakoś dostrze­gą, choć­by i 
pod naj­do­sko­nal­szym kamu­fla­żem.

Nie ma w tym mojej winy.
Ani ich.

Taka aura.

Ta myśl nie­co koi ból,
wyni­kły z nie­moż­no­ści porzu­ce­nia
roli.

Ale to przy­kre widzieć nawet wła­sne dzie­ci,
drę­twie­ją­ce w obli­czu samej obec­no­ści
taty.

Trud­no być uoso­bio­ną gro­zą.
T a k i m 
ojcem.

Tak, trud­no być
Kro­no­sem.

Żyć wbrew.